Jaki był dla Was 2014? U mnie fortuna kołem się toczyła. Pomimo wszystkich upadków po drodze muszę przyznać, że był udany. Był to dla mnie rok uczący samodzielności, postawił przede mną kilka życiowych decyzji, trochę strzelił po tyłku i zweryfikował plany na przyszłość. Chociaż w trakcie jego trwania nie raz nie wiedziałam w jaki kierunku moje życie dalej się potoczy, pod jego koniec, a nawet już początkiem 2015 czuję się bardzo na miejscu! :)
Przyznam szczerze, że to, gdzie teraz jestem zawdzięczam bardziej rodzicom niż sobie. Po ogłoszeniu wyników matury zaparłam się, że zostanę w domu, pójdę do pracy i poprawię biologię. Właściwie to oni przymusili mnie do zalogowania się na chemię kosmetyczną do Opola, by mieć plan B w pogotowiu. Przyznam się, że zrobiłam to by wreszcie dali mi spokój... :) A summa summarum zawitałam tego 1 października na uczelni i przyznam się szczerze, że nie widzę siebie na innym kierunku. Co prawda do tej pory miałam jedynie chemię ogólną, dodatkowo musiałam pomęczyć się z matematyką i fizyką, ale naprawdę cała sprawa bardzo mnie wciągnęła. Powoli kończy się semestr i 2015 tak naprawdę pokaże co studia chemiczne dla mnie szykują, ale jestem naprawdę dobrej myśli!
Ten rok był też dla mnie odkryciem fascynacji zapachami. Zaczęło się niewinnie od słynnych wosków Yankee Candle, zapał podsycała również Kasienka, dzieląc się swoją pasją dotyczącą perfum, między innymi wspaniałym cyklem Zapachowa Szafa! Koniecznie przeczytajcie!
W tym roku odnowiła się też moja miłość do olei, z której ochłonęłam po wielkim BUM w mojej głowie, gdy tylko dowiedziałam się o ich cudownych właściwościach. Nie szaleję z nimi, dobieram je rozsądnie i praktycznie zawsze stosuję gdzie tylko mogę: twarz, włosy, ciało, na szorstkie łokcie, do oczyszczania twarzy... Na zdjęciu widnieje mój ostatni olejowy ulubieniec, bardzo wszechstronny, o którym poczytacie tutaj!
Obudziła się we mnie iskierka kręcenia! Co jakiś czas dokupuję półprodukty i kombinuję ile mogę. Na ten moment stworzyłam lekki marcepanowy krem na dzień, tonik migdałowy 5% na co dzień, mnóstwo peelingów z tym samym kwasem, serum z witaminą C oraz tonik typowo dla mojej tłuścioszkowej cery. Ten ostatni to kompletny niewypał, wyszedł brzydko brązowy i delikatnie barwił skórę! Pozostałe przepisy ciągle jeszcze dopracowuję, więc wyjdzie na to, że pomimo tego iż 2014 był rokiem kręcenia kosmetyków, to właśnie 2015 będzie rokiem premier tych przepisów. Czekają mnie też większe zakupy w najbliższym czasie i nie mogę się doczekać aż wszystko dostanę w swoje łapki!
Wspominając 2014, nie mogłabym pominąć naszej Zmory Potwory. Była z nami krótko, ale kochaliśmy ją mocno i ciężko było pozbierać się po jej stracie. Gdybym tylko mogła przygarnąć na stancję takiego maluszka nie wahałabym się ani chwili! Moja miłość do króliczków nie przeminęła i gdy tylko idziemy na większe zakupy do Reala, standardową stacją jest zoologiczny z cudnymi króliczkami!
Rok 2014 był rokiem mocnego dbania o włosy, zdecydowanie bardziej świadomego! Skupiłam się bardziej na kuchennych maskach do włosów, chociaż wykorzystywałam również gotowe maski. Nie odpuszczałam sobie olejowania włosów, na każdą porę roku obmyślałam plan pielęgnacji w oparciu o obserwacje moich włosów i muszę przyznać, że nigdy nie były w lepszej kondycji. Co paradoksalne, zimą cieszę się najlepszymi włosami! Cieszę się, że zaczęłam rozumieć potrzeby swoich włosów i skalpu.
Na ostatnim zdjęciu widnieje kobiecy gadżet, który zrewolucjonizował moje życie. Sprawił, że miesiączki przestały być uciążliwe, a ja nareszcie w te dni czuję się komfortowo. O tym cudaku poczytacie w poprzedniej notatce!
Odkryłam wiele włosowych produktów, ale ta piątka zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie. Pierwszym produktem jest cedrowe mydło do mycia włosów. Cedrowe mydło odkryłam już prawie pod koniec 2014, przed jego wielkim wejściem na mojej głowie królowało słynne czarne mydło babuszki Agafii, jednak cedrowe zdetronizowało blogerski hit. Świetnie zwiększa objętość i utrzymuje świeżość moich włosów na dłużej.
Hennę znam już długo, ale w tym roku odkryłam na nią nowy przepis - henna chai! Moje włosy w końcu są czerwone (ale dalej w piękny, naturalny sposób!) i kolor utrzymuje się znacznie dłużej!
Olejek Heenara robił cuda z moimi włosami. W ciągu roku zużyłam dwa opakowania i na pewno na tym się nie skończy! Włosy po nim były sprężyste, skalp spokojny i miałam niesamowite ogniste refleksy. Zioła indyjskie w nim zawarte bardzo dobrze mi służą. Kocham tego cudaka!
Serum na porost włosów od babuszki Agafii robił furorę w moim domu. Oprócz mnie, pokochała go moja mama i Tosiek, u nas wszystkich włosy rosły po nim jak szalone. Nie tylko przyrost był lepszy, ale i pojawiło się mnóstwo bejbików. A buteleczki schodzą i schodzą... :)
Planeta Organica tworzy kosmetyki specjalnie dla moich włosów! Praktycznie każdy, który wpadnie mi w łapki, mnie zachwyca! Najbardziej porwał mnie marokański balsam do włosów, który nie tylko wspaniale nawilża włosy, ale też fenomenalnie je nabłyszcza.
Ten rok był u mnie pod znakiem Gaia Creams. Zaczęło się od cudnego kremiku arganowo-rokitnikowego, którego to nazwałam wielopokoleniowym. Następnie wpadł w moje łapki Palmarosa&Thistle, krem świetny dla cery tłustej. Razem zachęciliśmy Was do szerzenia informacji o zagrożeniu ze strony oleju palmowego. Na święta robiliśmy wspólnie zakupy. Obecnie mam w łapkach kokosowe pianki, warzywny kremik Veggie i serum Chia&Peach Kernal. Wszystkie kocham od pierwszego użycia :)
Najlepsze nawilżenie zapewniło mi serum nawilżające Baikal Herbals. Sprawdziło się w okresie kwasów, do tego było niesamowicie wydajne. Po nieudanej przygodzie z wersją dla cery tłustej i mieszanej z podkulonym ogonem wróciłam do niego i jest nam ze sobą bardzo dobrze!
Najlepsze nawilżenie zapewniło mi serum nawilżające Baikal Herbals. Sprawdziło się w okresie kwasów, do tego było niesamowicie wydajne. Po nieudanej przygodzie z wersją dla cery tłustej i mieszanej z podkulonym ogonem wróciłam do niego i jest nam ze sobą bardzo dobrze!
Ten rok zapoznał mnie również z Lily Lolo. Odkryłam ich nowości, krem BB o cudnym naturalnym składzie i pięknym wykończeniu oraz fenomenalny puder matujący - utrzymuje mat długo, ale nie daje płaskiego efektu. Koniecznie o nich poczytajcie!
Do idealnego oczyszczenia w zupełności wystarczyło mi detoksykujące czarne mydło. Cieszę się czystymi porami, wypryski występują rzadziej, a mydło samo w sobie jest niesamowicie wydajne. Idealne rozwiązanie dla cery problematycznej :) Poza tym kto nie kocha zapachu marcepanu?
P.S. Gdy raz zapomniałam go ze sobą do Opola, Tosiek przez bite dwa tygodnie chodził na mnie wkurzony!
P.S. Gdy raz zapomniałam go ze sobą do Opola, Tosiek przez bite dwa tygodnie chodził na mnie wkurzony!
Och, to nie koniec twarzowych cudowności tego roku! Jeśli macie problematyczną, tłustą buźkę, koniecznie musicie poznać ręcznie robioną maseczkę z tybetańskich ziół. Uspokaja zaczerwienienia, zmniejsza gródki, pięknie oczyszcza buźkę.
Jako uzupełnienie nawilżenia mojej buźki i ukojenie podrażnionej twarzy, nawilżający tonik Baikal Herbals spisuje się rewelacyjnie! Musicie go wypróbować, nawet jeśli nie macie cery suchej :)
W tym roku udało mi się również poznać kosmetyki Lusha. Dwa szczególnie wpadły mi w pamięć: Grease Lightining świetnie radził sobie z wypryskami, które ujrzały świat dzienny, chociaż powiem szczerze, że na ten byłby mi zbędny. Lecz jeśli Wy borykacie się z wypryskami, które nie chcą zniknąć z twarzy i macie możliwość zapoznać się z Lushem, koniecznie się poznajcie! Mask of Magnaminty była fenomenalna, szczególnie latem. Mroziła buźkę, usuwała zaczerwienienie, delikatnie peelingowała i oczyszczała przy dłuższym stosowaniu. Chętnie spotkam się ponownie!
Umilałam sobie kąpiele w tym roku, umilałam! Przez bloga przewinęło się wiele dodatków i sposobów na przyjemną kąpiel, ale są dwa, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Pierwszym z nich jest mleko z miodem - genialnie zmiękcza skórę! - i lawendowa sól do kąpieli Starej Mydlarni, która to pomagała przy jesiennej chandrze.
Poznałam w tym roku cudne mydełka hobbistycznej mydlarni Veggie Bubbles! Moim ulubieńcem stał się Zakręcony Miętusek, ale Pomarańczowa Szarlotka też jest całkiem apetyczna - i jeszcze do dziś umila mi kąpiele!
Ziołowy piling enzymatyczny Organique jest najlepszy na świecie! Oprócz złuszczania twarzy, świetnie ją pielęgnuję. Jednak muszę przyznać, że ostatnimi czasy znacznie częściej ląduje na szyję i dekolt niż twarz - buźka jest regularnie złuszczana kwasami, gąbeczka z detoksykującego mydła też na co dzień delikatnie mi ją pilinguje - dlatego też trafił do ulubieńców do ciałka. Jeszcze raz powtarzam, jest to najlepszy piling enzymatyczny, jaki trzymałam w łapkach!
Jeśli chodzi o typowe pilingi do ciała, Organique ponownie króluje! Co prawda najczęściej sięgam po prosty domowy kawowy piling, ale gdy tylko ma ochotę się zrelaksować bez wahania sięgam po to cudeńko: piling solny z masłem shea. Świetnie zdziera - lecz jeśli lubicie delikatniejsze pilingi, możecie to kontrolować, rozpuszczając kryształki soli wodą - genialnie odżywia i natłuszcza. Skóra po nim niczym ten młody bóg :)
Na sam koniec pozostało nam wspomnienie świetnie nawilżającego wodnego musu do ciała z Eco Hysterii. Świetnie odświeżał w wakacje, ale po dziś dzień chętnie po niego sięgam. Wydaje się leciutki, ale świetnie nawilża i natłuszcza. Gdy tylko wyjrzy cieplutkie słońce, zaraz pojawi się na mojej liście zakupów!
Hoho! To nam się wspominki wydłużyły! Ale trzeba przyznać, że ten rok był dla mnie miły również pod względem kosmetycznym - tyle cudowności mi się natrafiło! U Was też tylu ulubieńców? :)