23.09.2016

Kremowa szminka Love Affair | Lily Lolo

Cześć kochani! Ciężko mi ostatnio wrócić do blogowania, a gdy już robię małe kroczki, zawsze coś mi przeszkodzi. Mój laptop ewidentnie musi przejść mały detoks po materiałach nazbieranych podczas studiów, do tego nie wiedzieć czemu nie chce mi czytać karty SD, na której są wszystkie zdjęcia - więc, aby coś dla Was stworzyć, potrzebuje Tośka obok, a gdy już jesteśmy razem, to albo on nie wziął ze sobą laptopa, albo ja zapomniałam do niego wziąć karty i tak zdjęcia leżą, nieobrobione, niezgrane, prawie że smutne :)

Miałam też sporo spraw do uporządkowania i odhaczenia z listy. Pokazywałam Wam na Instagramie, że w zeszłym tygodniu pomalowaliśmy wreszcie naszą kawalerkę w Opolu - znikła męcząca żółć, która była nawet na suficie, wszędzie jest biało, przestrzennie. Tak bardzo się cieszę!

W zeszłą sobotę graliśmy też z chłopakami pierwszy wspólny koncert. Aparat był w pogotowiu, by nagrywać, ale niestety koncert miał miejsce w restauracji i przez rozmowy nie udało się nagrać ładnego dźwięku - przepraszam wszystkich, których obiecałam podrzucić nagranie! Będzie jeszcze niejedna okazja, przesunie się to tylko w czasie :)

W te wrześniowy, już nie letni dzień, chciałabym Wam opowiedzieć o moim drugim wakacyjnym ulubieńcu od Lily Lolo. Ulubieńcu, który z powodzeniem będzie mi towarzyszył również w jesienne dni, ponieważ jest tak cudownie uniwersalny i klasyczny. Mowa o szmince Love Affair.


Szminka zamknięta jest w minimalistycznym opakowaniu z bieli i czerni. Czarna część jest wykonana z metalu, nie jest matowa, przez co nie brudzi się tak łatwo, jak w przypadku pozostałych opakowań. Porządnie się zamyka, dzięki czemu nie ma obaw, że otworzy się w torebce.  A w torebce spędziła dużo czasu. Nie widać po nim śladów użytkowania, napis się nie ściera, samo opakowanie nie rysuje. Dobra robota.

Formuła jest bardzo kremowa, z satynowym wykończeniem. Łatwo sunie po ustach, a pigmentacja jest raczej średnia. Pomadka w piękny sposób podbija naturalny kolor ust, nadaje im różano-brązowych tonów i niesamowity połysk.

Z racji kremowej formuły i zawartości olejków oraz wosków, nie lubi się z upałami. Zauważyłam, że podczas użytkowania w cieplejsze dni robi się bardziej miękka i podczas użytkowania lekko mi się przechyliła, przez co starła się z jednej strony na opakowaniu podczas wysuwania i wsuwania. Nie straciłam jej wiele, na szczęście, ale nie wygląda to estetycznie.


Olej rycynowy, mika, olej jojoba, wosk candelilla, lanolina, Isoamyl Laurate, Caprylic/Capric Triglyceride, wosk pszczeli bielony, wosk carnauba, tokoferol (wit. E), olej słonecznikowy, palmitynian askorbylu (wit. C0, talk, maltodekstryny, olejek rozmarynowy, tlenek cyny, pigmenty: +/- CI 77891 (dwutlenek tytanu), CI 77742 (fiolet manganowy), CI 77491 (tlenek żelaza), CI 77492 (tlenek żelaza), CI 75470 (karmin), CI 77499 (tlenek żelaza)

Taką szminkę można po prostu z czystym sumieniem zjadać w kilogramach podczas noszenia :) Plus ma świetne działanie nawilżające usta.

Kolor, to coś naprawdę niesamowitego. Bardzo nieoczywisty nudziak, który w opakowaniu wygląda na ciemny brudny róż, na ustach pokazuje swoje brązowe tony. Pozostawia satynowe wykończenie, usta wyglądają na lekko wilgotne. Na ustach jest wyczuwalna w ten sam sposób, jak nawilżający balsam. Nie zasycha, jest jak pielęgnujące masełko z odrobiną pigmentu. Z tego powodu oczywiście nie jest w stanie przetrwać posiłku czy amorów, ale schodzi bardzo równomiernie i jej brak nie rzuca się w oczy.

Jak już wspomniałam, jest bardzo uniwersalna. Świetnie sprawdza się w letnie spotkania ze znajomymi czy jako prosty dzienniak w delikatnym makijażu. Robi świetną robotę na ustach, a przy okazji delikatnie je pielęgnuje. Jest to również rozwiązanie bardzo eleganckie i z odpowiednią oprawą oka świetnie spisze się wieczorem, na ważnym wyjściu czy przy spotkaniu biznesowym. Dzięki swoim brązowym tonom, świetnie wkomponuje się również w jesienne makijaże.


4g pomadki kosztują 54,90zł w sklepie internetowym Costasy.pl

Mój zdecydowany ulubieniec na lata :) A jak jest z Wami, znacie Love Affair? A może polecacie inną pomadkę Lily Lolo?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


06.09.2016

Podsumowanie miesiąca: sierpień 2016

Sierpień to z reguły bardzo ciepły miesiąc. Dlatego też z początku bardzo mnie zawiódł, nieustającym deszczem i burzami, które powinny zostać w tyle razem z lipcem. Nawet pieski były zawiedzione, bo nasza Wisła, nad którą zawsze zabieraliśmy je w letnie wieczory była zimna i wezbrana. Ale skoro już tam byliśmy, to była i kąpiel!


Myśli od kiepskiej pogody i od rzeczy, które mogłabym robić, gdyby tylko wyszło słońce, skutecznie odciągały mi praktyki. Zdecydowałam się na trzy tygodnie w laboratorium diagnostycznym, temat nie pokrywający się w stu procentach z moimi studiami, ale na pewno bardzo pouczający i otwierający oczy na wiele spraw. Powiem Wam szczerze, że ogromnie mnie zaskoczył fakt jak bardzo człowiek jest zastępowany przez maszyny. Wszystko idzie do przodu, pomiary stają się coraz lepsze i eliminuje się czynnik ludzki do minimum - jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że, na przykład, na pracowni hematologicznej stacjonuje jedna osoba obsługująca cztery maszyny, gdzie do każdej wystarczy tylko wstawić probówkę do raka, a pod koniec wydrukować wynik. Aparat sam miesza próbkę, sam wykonuje pomiar, sam się czyści. Spodziewałam się maszyn, ale to w jakim one stopniu już dzisiaj zastępują człowieka wprawiło mnie w osłupienie. Założę się, że w branży typowo chemicznej wygląda to tak samo - uczysz się całe studia wykonywać pomiary ręcznie, by trafić do pracy i nauczyć się obsługiwać maszynę, która zrobi to za ciebie.


W międzyczasie udało nam się w końcu zmobilizować z chłopakami i spotkać na kilku porządnych próbach. Mamy pierwszy koncert w tym składzie 17 września w cieszyńskiej restauracji Liburnia, więc jeśli tylko jesteście z okolicy to gorąco Was zapraszam! Koncert będzie w miłym lekko swingującym i balladowym klimacie akustycznego rocka. Ogromnie się cieszę, że zaczęłam w końcu sama działać w tym kierunku - długo nie miałam wiary w siebie, by podjąć się działania. Ale widać, gdy człowiek starszy, tym mądrzejszy - poza tym też bogatszy w doświadczenia i pomysły. Jeśli macie skryte marzenie i boicie się zrobić krok w tym kierunku, nie ma co się dwa razy zastanawiać. Zwlekanie niesie za sobą tylko żal za stracony czas, który można było przecież tak produktywnie wykorzystać na tę parę kroczków :) Tym bardziej, że udało mi się w końcu nauczyć grać na gitarze i stawiam pierwsze kroki w graniu prostych akordów na klawiszach,  czyli spełniam dziecięce marzenia!


Pod koniec sierpnia odwiedziłam Energylandię - byłam już kiedyś w wesołym miasteczku, w Alton Towers w Anglii, podczas odwiedzin u wujka sprzed czterema laty i ogromnie się cieszę, że podobna rzecz, na podobnym poziomie powstała w Polsce, niecałą godzinę drogi od mojego rodzinnego domu! Emocje były niesamowite, adrenalina szumiała mi w głowie cały czas, chociaż powiem Wam szczerze, że przeliczyłam się na początku - wspominając świetną Nemesis, wskoczyłam zaraz na początku w strefie ekstremalnej na Mayana. Jak się później okazało Nemesis to przy Mayanie pryszcz. Gdy zobaczyłam jak wysoko jesteśmy i do tego jak bardzo w dół za chwilę będziemy zjeżdżać, dostałam małego ataku paniki, który to możecie podziwiać na poniższym zdjęciu :):):)


Ale spokojnie, od połowy przejażdżki już się rozluźniłam, wystarczyło po prostu porządnie się rozgrzać i powoli zwiększać stopień trudności! Chociaż moją ulubioną pozostaje Formuła 1, mega przyspieszenie - 100km w 2 sekundy - i jazda do góry nogami, to to co Jaskółka lubi najbardziej!

Sierpień był dla mnie też czasem poszukiwań ciekawych ofert wakacyjnych na wrzesień, trzeba w końcu skorzystać ze studenckich wakacji! Oglądając przepiękne zdjęcia tak się zainspirowałam, że na dniach ukażę Wam moje pięć wymarzonych kierunków w obrębie Europy, które chciałabym zwiedzić, niekoniecznie w te wakacje. Tegoroczne zapewne skończą się tak, że wykupimy wycieczkę na 3 dni przed wyjazdem, bo mamy nadzieję załapać się na świetne Last Minute - prawdopodobnie w Grecji czy Bułgarii. Mamy mały dylemat, ponieważ bardzo chętnie wybralibyśmy się na wycieczkę objazdową, ale również chcielibyśmy się wybyczyć na plaży, popływać w morzu i naładować baterie - mówiłam Wam przecież ostatnio, że jestem zodiakalną rybą, a rybka lubi pływać! Ta decyzja jednak padnie dopiero w połowie września :)

Mam nadzieję, że Wasz sierpień, pomimo nie zawsze udanej pogody, był godny zapamiętania!


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


31.08.2016

Just Peachy | prasowany róż Lily Lolo

Cześć kochani! Na początku wakacji pokazałam Wam cudowności, jakie wylądowały w mojej kosmetyczce zawierające kosmetyki kolorowe - cudowności od Lily Lolo, w których to minerałkach jestem zakochana po uszy od dłuższego czasu. A że wakacje to czas idealny na malowanie - więcej czasu, skóra ładniej wygląda, gdy nabierze trochę koloru i sama kolorówka na niej lepiej wygląda - pełen makijaż wykonywałam z wielką chęcią niemal codziennie!

Dzisiaj opowiem Wam o ulubionym produkcie z tego zestawu, o przepięknym brzoskwiniowym prasowanym różu z lekkim satynowym wykończeniem, po prostu Just Peachy.


Opakowania Lily Lolo po przemianie nabrały świetnego charakteru. Minimalistyczne połączenie tak klasycznych kolorów sprawiło, że kosmetyki wyglądają na znacznie bardziej eleganckie.

Róż zamknięty jest w malutkim opakowaniu kryjącym w sobie 4g produktu prasowanego. Jest lekkie i jest wyposażone w lusterko, przez co świetnie nadaje się do torebki. Wykonane z twardego plastiku, jest solidne, jedynie czarna matowa część trochę za szybko się brudzi - w każdym opakowaniu.

Z łatwością nakłada się na pędzel, wydaje się być delikatnie kremowy ze względu na zawartość pielęgnujących olejków. Jest dobrze napigmentowany. Dzięki temu świetnie rozprowadza się na skórze - zupełnie jak kremowy produkt, z tym że o suchej formule. Jest świetny dla początkujących z makijażem, ponieważ bardzo ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę - nawet jeżeli zrobimy sobie plamę na skórze, wystarczy wziąć czysty pędzel (ja najczęściej sięgam po Super Kabuki, z resztkami podkładu między włosiem) i delikatnie zblendować; kolor łagodnieje, a granice stapiają się ze skórą.

na ustach błyszczyk English Rose

Mika, olej jojoba, olej arganowy, olej z pestek granatu, tokoferol (wit. E), olej słonecznikowy, olej manuka, sól sodowa kwasu hialuronowego,  Eryngium Maritimum Callus Culture Filtrat (mikołajek nadmorski), pigmenty: +/- CI 77891 (dwutlenek tytanu), CI 77742 (fiolet manganowy), CI 77491 i CI 77499 (tlenki żelaza)

Jak już wcześniej wspomniałam, róż zawiera w sobie pielęgnujące olejki, wszystkie te stosowałam na mojej tłustej skórze solo i świetnie się na niej sprawdzały - mam więc pewność, że nałożone na policzki nie będą wzmagały przetłuszczania w tym miejscu. Ponadto znajdziemy w nim również kwas hialuronowy w postaci soli, który delikatnie nawilży skórę podczas noszenia. Kolor uzyskany jest naturalnymi mineralnymi pigmentami z dodatkiem miki, która daje delikatne satynowe wykończenie - dzięki czemu efekt na skórze nie jest płaski i skóra promienieje. Nie jest to jednak na tyle błyszczący róż, który podkreślałby niedoskonałości skóry.

Uwielbiam ten kolor! Kolor, opisywany przez producenta jako energetyczna brzoskwinia, to w rzeczywistości delikatny brzoskwiniowy kolor przełamany różem z odrobiną. Nie jest to intensywny pomarańczowy kolor, dodatek różu sprawia, że świetnie się go nosi w wielu połączeniach kolorystycznych, w dzień czy wieczorem. W opakowaniu wygląda na znacznie bardziej różowy, brzoskwiniowe tony ukazują się dopiero na skórze po roztarciu. Jest to świetny produkt dwa w jednym, ponieważ z powodzeniem spełnia na policzkach również rolę bronzera, delikatnie wyszczupla twarz. Poza tym nadaje skórze niezwykłej świeżości, ociepla twarz.

na ustach szminka Love Affair

Świetny produkt na co dzień, szczególnie w wakacyjne dni, przy lekko opalonej skórze. Komponuje się świetnie z nudziakami, delikatnymi ciepłymi różami i czerwienią na ustach, przez co jest bardzo elastyczny w makijażu. Jeśli znacie mnie dłużej, wiecie, że nie sięgam często po róże - większość z nich podkreśla moje zaczerwienienia bądź niedoskonałości skóry - a po Just Peachy sięgam codziennie, bez obaw, że coś mi uwypukli na twarzy. Po prostu uwielbiam tę brzoskwinkę! ♥

Za 4g prasowany róż Just Peachy zapłacimy 60,20zł w sklepie internetowym Costasy.pl

P.S. Warto polować na promocję, Costasy często ogłasza je na swoim facebookowym fanpage'u :)


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


Disqus for Jaskółcze Ziele