Najgorsze za mną! Egzamin z chemii nie był ciężki, ale miałam przegląd każdego tematu. Po raz pierwszy pisałam coś bez przerwy przez bite dwie godziny i zrobiłam się po tym tak głodna, że po powrocie do domu wsunęłam resztę cudnego brownie (pokazywałam na Instagramie!), które do nauki przygotował nam Tosiek. Muszę przyznać, że wszyscy zachwycaliśmy się ukrytymi talentami kulinarnymi mojego TŻ i chętnie ulokujemy go w kuchni na stałe - a przynajmniej będzie tam lądował częściej niż do tej pory :) Wiecie jak to jest, brzuszek zadowolony to i kobieta szczęśliwa, a że nas kobitek w mieszkaniu aż trzy, a on sam jeden, to wszystkim to wyjdzie na dobre!
Nie wiem jak Was, ale jak ja mam się uczyć, to zaraz do wszystkiego innego ciągnie - nie licząc sprzątania. Do tego nigdy pociągu nie będę miała i chyba już zawsze będę wyznawać zasadę: co ma poleżeć to nie ucieknie, a po sesji wszystko się posprząta - przynajmniej słowna jestem, pokój po spakowaniu się i uprzątnięciu wszystkich notatek, kubków, papierków i innych okołonaukowych przyrządów stymulujących pracę mózgu wygląda wcale przyzwoicie! Dążę do tego, że w momencie gdy moja wiedza miała ocierać się o geniusz chemiczny, moje włosy i buźka miały spa dosłownie dzień w dzień. Sporo na tym zyskały, choć nadmiar słodyczy i bądź co bądź trochę stresu na mojej twarzy zaraz jest widoczne i troszkę mnie wysypało - a po odstawieniu hormonów po raz pierwszy od dawna nie miałam ani jednego wyprysku na twarzy przez ponad tydzień... Z wypryskami jednak nauczyłam już się żyć, a cera wygląda naprawdę ładnie, włosy spokojnie jej dorównują.
O włosach jeszcze będzie czas Wam opowiedzieć, znalazłam parę nowych kosmetyków - i firmę! - które pomogły odkryć mi je na nowo. Między innymi dorwałam jeden ze słynniejszych olejów do włosów i chyba po raz pierwszy mogę powiedzieć, że w zupełności zgadzam się z innymi, pod każdą pozytywną opinią się podpisuję obiema rękami. Ciekawa jestem czy zgadniecie co to za cudo? :)
Dzisiaj zostaniemy przy twarzy, bo stworzyłam sobie maskę, która zrobiła na mnie spore wrażenie. Na Tośku też powinna, chociaż on twierdzi, że lepiej nawilżona cera to skutek jednorazowego posmarowania się wczoraj moim warzywnym kremikiem z Gaia Creams... Swoją drogą niezła reklama kremiku, nieprawda? Muśniesz się raz wieczorem i niczym młody bóg :):):)
Główne założenie tej maski miało być oczyszczanie. Czarną glinkę stosowałam wcześniej solo, ale była ona bardzo toporna w rozprowadzaniu - nie jest to bowiem czysta glinka czarna, ma w składzie ekstrakt z aloesu oraz z jeżówki purpurowej. Do tego, pomimo łagodzącego aloesu i regenerującej jeżówki, jest ona bardzo mocna i potrafi przesuszyć skórę. I tu w mojej głowie urodził się pomysł, by wykorzystać potencjał glinki, ograniczyć jej przesuszające działanie i jednocześnie dorzucić coś ekstra w temacie odżywienia. Bo czemu by nie? :)
Składniki suche:
- Glinka czarna z dodatkiem wyciągu z aloesu i jeżówki - 45 ml
- Witaminki all in one - 1 ml
- Ekstrakt z soku borówki czarnej - 2 ml
- Kwas salicylowy - dosłownie odrobina, która przyczepiła się do końcówki zwilżonej bagietki
Kto nie kocha witaminek? Nasze buźki je uwielbiają, a ja z mieszanką all in one ze ZSK bawię się od niedawna - właściwie ta maseczka była ich premierą :) Mamy tutaj do czynienia z mieszanką witaminy C, E, B3, B5 i B6, które pomogą porządnie odżywić skórę, a każda witamina z osobna wniesie coś ekstra.
Ekstrakt z soku borówki czarnej urzekł mnie... kolorem! Uwielbiam intensywne fiolety i jak zdjęłam wieczko dosłownie oniemiałam. Cudo! Oczywiście nie trafił do kompozycji ze względu na kolor, co to to nie :) Chociaż jak sobie pomyślę, że dodam go trochę do białej glinki... - istnieje spora szansa na maseczkę w czaderskim kolorze! Aż mnie naszła ochota na kręcenie!
Ekstrakt z soku borówki czarnej jest stworzony do cery trądzikowej. Działa odkażająco, odtruwająco, niweluje zaczerwienienia i ma niezłe działanie antyoksydacyjne. Mam zamiar często wprowadzać go w różne kompozycje, bo zapowiada się na bliskiego przyjaciela.
Ekstrakt z soku borówki czarnej jest stworzony do cery trądzikowej. Działa odkażająco, odtruwająco, niweluje zaczerwienienia i ma niezłe działanie antyoksydacyjne. Mam zamiar często wprowadzać go w różne kompozycje, bo zapowiada się na bliskiego przyjaciela.
Moja buźka lubi kwasy, dlatego chętnie dorzuciłam do kompozycji kwas salicylowy. Zrobiłam to pod wpływem emocji gdy praktycznie wszystko było już zmieszane, dlatego nie odmierzałam go tak precyzyjnie - ot tak, na domowe potrzeby i kaprysy.
Wymieszałam wszystko dokładnie, by później nie powstały grudki.
Składniki płynne:
- hydrolat, u mnie jałowcowy śmierdziuch - 45 ml
- olej awokado - 5 ml
- kwas hialuronowy 5 ml
A to ci cwaniak z tego kwasu, tak w kadr się wpycha! Byłeś już, daj innym szansę!
Hydrolat możecie dodać dowolny, równie dobrze możecie potraktować maseczkę wodą demiralizowaną - tak, kochani, musi być demiralizowana, choćby ze względu na dodawanie witamin, antyoksydującego ekstraktu czy kwasów. W aptece z powodzeniem znajdziecie wodę do iniekcji :) U mnie trafił się jałowcowy, ponieważ jest on przeznaczony do cery tłustej, fajnie koi podrażnienia i nie byłoby mi tego śmierdziela tak szkoda, gdyby coś poszło nie tak :)
Olej z awokado jest fenomenalny jeśli chodzi o porządne nawilżenie skóry, często stosuję go solo i ogromnie się ucieszyłam, gdy trafił do mnie w paczce od ZSK jako dodatek. Możecie zastąpić go dowolnym dobrze nawilżającym olejem, najważniejsze, by Wasza skóra go lubiła.
Kwas hialuronowy to kolejne cudo nawilżające, ma przeciwdziałać wysuszającemu działaniu glinki i przyjemnie zmiękczyć skórę.
Gdy już wszystko było pięknie wymieszane dodałam 10 kropli konserwantu DHA BA i cztery krople olejku eukaliptusowego, również antyseptycznego. Poza tym bardzo lubię zapach eukaliptusa i tym się kierowałam w wyborze dodatku zapachowego. Jednak przyznam się Wam szczerze, że dodając go nie wierzyłam, że uda mi się stłumić smrodek hydrolatu jałowcowego. Byłam święcie przekonana, że czeka mnie mała zapachowa porażka, jednak maseczka na następny dzień faktycznie przesiąknęła zapachem olejku eterycznego i obecnie, po ponad tygodniu pachnie jak całkiem przyjemny drogeryjny kosmetyk :)
Maseczki nie musicie konserwować, jednak w takim wypadku radzę Wam przyrządzić mniejsza ilość, byście mieli szansę wykorzystać ja w przeciągu dziesięciu dni. Maseczka ma sporo antyseptycznych i antybakteryjnych substancji, jednak trzymajcie ją dla czystego sumienia (mojego i Waszego :)) w lodówce przez ten czas. Zakonserwowana może stać w łazience.
Tak przygotowana maseczka jest bardzo kremowa, chociaż z biegiem czasu coraz trudniej się rozprowadza - zdecydowanie będę musiała jeszcze nad tym popracować :) Jednak porządnie zwilżone dłonie i buzinka, i po problemie. Jest bardzo wydajna, praktycznie wszystkie moje kosmetyki dziele na dwoje z Tośkiem - przez ponad tydzień stosowania co drugi/trzeci dzień przez naszą dwójkę, a w opakowaniu ciągle pozostała jedna czwarta mieszanki! A uwierzcie, nie rozdrabniamy się w nakładaniu :)
W moim przypadku buźka zaczęła się ładnie oczyszczać. U Tośka fajnie podziałała na czole i policzkach, nosek pozostał praktycznie nienaruszony. Oboje cieszymy się miękką skórą, u mnie problem suchych skórek po stosowaniu kwasów i tej nieszczęsnej czarnej glinki solo został zupełnie zażegnany, u Tośka obserwuję troszkę przesuszoną skórę - ale on to typowy sucharek, a ja, nie ukrywajmy, maseczkę kręciłam bardziej pod siebie :)
Nie do końca ruszyła zaczerwienienia po wypryskach, chociaż pięknie wysuszyła i zmniejszyła ropne stany, przez co cały proces gojenia, mam nadzieję!, będzie trwał krócej. Spróbuję w następnej porcji maseczki - z białą glinką - dodać trochę więcej ekstraktu z soku borówki czarnej, może wtedy zaobserwuję znaczącą poprawę :)
Kręcicie sami maseczki? Pacie swoje sprawdzone patenty?