Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lily Lolo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lily Lolo. Pokaż wszystkie posty

25 sty 2017

Ulubieńcy 2016!

Cześć kochani! Wiem, że długo mnie to nie było. Chorowałam cały grudzień, więc styczeń był dla mnie podwójnie pracowity - miałam na głowie nadrabianie całego przedświątecznego chaosu, które nałożyło mi się na końcowe zaliczenia i sesję. Trochę się przeforsowałam przez ten czas i ciągle mam wrażenie, że jestem na granicy choroby i wycieńczenia. Na szczęście wszystko co złe, kiedyś się kończy, przede mną jeszcze dwa egzaminy końcowe - a sama sesja już nie jest mi taka straszna, tym bardziej że dzisiaj już pierwsze koty za płoty poszły. Dlatego, wiedząc, że mogę sobie w końcu pozwolić na tę odrobinę przyjemności w formie rozmowie z Wami, chciałabym pokazać Wam moich ulubieńców minionego roku 2016 - chyba jako ostatnia! Opowiem Wam za produktami, za którymi tęsknię i będą u mnie gościć w 2017, o produktach po które sięgam ciągle, bo jeszcze się nie skończyły, o których sama myśl wywołuje ciepłe wspomnienia :)


Lily Lolo służy mi ciągle w aspektach makijażowych - na wielkie wyjścia sięgam po chłodny bronzer w odcieniu Hololulu, na co dzień po brzoskwiniowy róż Just Peachy (podobno teraz w modzie :)), oba w wersji prasowanej. Bardzo wygodne w obsłudze, rozprowadzają się jak masełko, mają średnią pigmentację, ciężko zrobić sobie krzywdę, nawet w pośpiechu. Ciągle sięgam po moją kochaną kremową szminkę Love Affair - jest to brudny róż z brązowymi podtonami, który pięknie podkreśla usta w makijażu dziennym. I nawilża! Idealna na zimę.

Peeling w formie pudru od Alpha H to chyba moje największe odkrycie minionego roku. Jest delikatny, z powodzeniem można go stosować codziennie, jeśli zachodzi taka potrzeba. Radzi sobie znakomicie niezależnie od pory roku. Skóra pod jego wpływem robi się miękka jak pupcia niemowlaka. Kocham z całego serca, nie zamienię na inny. Chyba, że stworzę swój :)

Kolejne zdjęcie można skategoryzować ogólnie do koreańskich maseczek, których działanie w większości jest naprawdę świetne. Bardzo mnie cieszy, że ich oferta na polskim rynku stale się powiększa i przy okazji pokazuje rzeszy kobiet, że istnieją kosmetyki lepszej jakości. To budzi świadomość pielęgnacji. Najmilej wspominam ryżową bąbelkującą maseczkę od Skin79, która nie tylko świetnie zadbała o moją skórę - złagodziła podrażnienia, zwęziła pory po pierwszym użyciu i ograniczyła błyszczenie - ale również niosła ze sobą mnóstwo dziecięcej zabawy w postaci piany rosnącej na buzi. Można się nieźle uśmiać, gdy zobaczy się wynik końcowy - moja buzia wyglądała jak jajo!

Be.Loved to nowa polska marka kosmetyków przyrządzanych w Łotwie, które również skradły mi serce. Mydełko Powietrze było cudnie kremowe i pachniało niesamowitą lekkością. Jako maniaczka mydeł stawiam go na piedestale moich ulubionych. O Be.Loved usłyszycie jeszcze nie raz w tym roku, ponieważ ich kosmetyki dzielnie chronią mnie przed mrozami.


BioIQ  to kolejna polska marka, których kosmetyki w tym przypadku wyrabiane są we Francji. Świetne, naturalne, bogate składy. Pokazywałam Wam krem na dzień intensywnie nawilżający, który radzi sobie również z moimi zaczerwienieniami oraz przetłuszczaniem się cery (tak! to możliwe!), chciałam Wam również opowiedzieć o serum z tej samej serii, która dzielnie wspierał krem (drugą już buteleczkę pragnę zaznaczyć) w jesienne i zimowe dni, ale nie zdążyłam. Więc spotkamy się ponownie na kartach bloga na pewno.

Mythic Oil w wersji Rich był swego czasu moim prawdziwym wybawieniem. Chronił włosy przed przesuszeniem, szczególnie bardzo go ceniłam po dekoloryzacji, którą moje włosy zniosły i to aż podwójne. Co prawda na ten moment w ramach małego relaksu postanowiłam pozbyć się większości włosów - kurcze, właśnie sobie uświadomiłam, że nawet nie pokazałam Wam efektów, a poszalałam z cięciem! - ale po olejek sięgam równie często. Dzięki niemu moje włosy łatwiej się rozczesują (a zawsze lubiły się plątać) i są chronione w okresie grzewczym,

Z szamponem John Masters Organic z lawendą i rozmarynem zdążyłam się już pożegnać, ale wspomnienie tego cudnego aromatu czy lekkości jakie miały po nim moje włosy przywołuje miłe ciepełko. Był on wyjątkowo udanym urodzinowym prezentem, który mam nadzieję się powtórzy, bo sama nigdy nie wydam tyle na produkt do włosów - sama od siebie sięgam po szampony Faith in Nature tylko jak na złość żaden z nich nie pachnie lawendą z rozmarynem!
P.S. O Faith in Nature też jeszcze usłyszymy w tym roku. Będzie tropikalnie :)

Be.Organic to ponownie polska marka. Cieszę się, że ten rok tyle rodzimych kosmetyków sprowadził na moją pielęgnacyjną drogę. Kosmetyki te znajdziecie stacjonarnie w Hebe, a masełko z szałwią muszkatołową i miłorząbem japońskim jest genialne na zimowe wieczory, jeśli tylko odważycie się wyskoczyć spod ciepłego kocyka, by się nim wysmarować :) Pozostawia na skórze tłustą warstewkę, która wchłania się przez całą noc, dając na kolejne dni przyjemnie miękką i gładką cerę. A przy okazji otrzymujemy nasiona szałwii, którą można sobie zasadzić ♥


Super Kabuki od Lily Lolo. Nie wyobrażam sobie bez niego życia - tak samo jak nie wyobrażam sobie mojego życia bez makijażu mineralnego. Dzięki niemu makijaż przebiega szybciej, uzyskujemy lepsze krycie przy nałożeniu minimalnej ilości produktu. Poza tym jest po prostu piękny i niesamowicie mięciusi.

Joico, zarówno szampon i maska z serii K-Pak, uratowały moje włosy przed ścięciem - chociaż teraz uważam, że w krótszych mi bardziej do twarzy i żałuję, że nie podjęłam decyzji o ścięciu już wtedy, zaoszczędziło by mi to sporo włosowego zachodu. Niemniej jednak seria świetnie wywiązała się ze swojego zadania - moje włosy, choć po przejściach wyglądały na zdrowe, ładnie się układały, nie kruszyły się ani nie rozdwajały. Na ten moment jest to zbyt intensywny rodzaj pielęgnacji dla moich włosów - ścięłam większość farbowanych włosów, mam naturalny kolor włosów - więc traktuje resztki jako kurację (i pewnie zużycie ich do końca będzie trwało wieki :)). Niemniej jednak jeśli włosy po przejściach doprowadzają Was do szału, ten zestaw powinien poprawić Waszą sytuację, tak jak to zrobił ze mną.

Uwielbiam tę maseczkę od Madary. Peel to delikatnie złuszczająca (kwasem glikolowym) maseczka rozjaśniająca, pachnąca przepięknie lawendą z oregano - chociaż na przykład moja ciocia za tym zapachem nie przepada, za działaniem już zdecydowanie bardziej :) Wyrównuje strukturę skóry, z czasem rozjaśnia przebarwienia, sprawdza się świetnie jako maseczka bankietowa, zawiera bowiem rozświetlający pyłek, który zostaje na skórze i robi robotę jak niejedna dobra baza rozświetlająca.

Last but not least, szampon marokański z glinką rhassoul Beaute Marrakech. Mocno oczyszczający, świetnie sobie radził z moją kapryśną skórą głowy i nadawał włosom przyjemnej sypkości. I do tego ten cudny orientalny zapach. Jak zużyję swoje zapasy, bardzo chętnie kupię raz jeszcze, świetne uzupełnienie pielęgnacji skóry głowy.

Na zakończenie chciałabym z całego serduszka podziękować Wam za miniony rok. Że jesteście, że czytacie, że komentujecie. Bez Was cała ta zabawa nie miałaby sensu! :*


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


28 paź 2016

Niezbędnik makijażu mineralnego - Super Kabuki

Cześć słońca!

Chciałabym Wam dzisiaj pokazać coś naprawdę niezwykłego, bez czego nie wyobrażam sobie makijażu - tego mineralnego, który towarzyszy mi od ponad trzech lat, na co dzień. Mowa o pędzlu Super Kabuki od Lily Lolo, o gęstym i niezwykle miękkim syntetycznym włosiu, który pokazał mi zupełnie nowe oblicze makijażu mineralnego.


Największym problemem, z jakim spotkałam się, zaczynając swoją przygodę z minerałami lub rozmawiając z Wami, jest aplikacja sypkiego podkładu zbyt grubą warstwą. Ja sama uczyłam się długo, jak najlepiej operować minerałami - gdzie kluczem jest równomierne rozprowadzenie podkładu cieniutką warstwą, by nie dorobić się efektu ciasta na twarzy lub nieestetycznych plam. I chociaż byłam bardzo zadowolona z efektu, jaki uzyskiwałam na co dzień, dopiero Super Kabuki pokazał mi co tak naprawdę znaczy malować się minerałami.

Jak już wspomniałam, włosie jest syntetyczne, mocno zbite i niesamowicie miękkie w dotyku - do tej pory do malowania się minerałami używałam pędzlów Annabelle Minerals - zarówno flat topa oraz kabuki - i uwierzcie mi, przy Super Kabuki te pędzle są szorstkie! Chociaż na dobrą sprawę, dopóki nie poczujecie różnicy... Ja na pędzle AM nie narzekałam, dopóki nie poznałam odpowiednika Lily Lolo.


Miękkość, miękkością, ale to, co on robi z podkładem! Gęstość włosia pozwala na idealne rozprowadzenie już na pędzlu (popatrzcie tylko na zdjęcie poniżej!), więc sama aplikacja na skórze to już kwestia kilku pociągnięć - efekt jest powalający, delikatna chmurka produktu, która zdaje się docierać we wszystkie zakamarki, przepięknie wyrównując koloryt, dzięki czemu krycie naszego podkładu wydaje się intensywniejsze, pomimo nałożenia cieniutkiej warstwy. A w minerałach właśnie o to chodzi - im mniej mamy na skórze, tym wszystko lepiej się prezentuje. Makijaż trwa krócej - chociaż w moim przypadku czas zyskany na aplikacji podkładu zostaje zaraz wykorzystany przy makijażu oka :) - podkład lepiej leży na skórze, dłużej wytrzymuje przy moich skłonnościach do przetłuszczania (ponownie, im mniej, tym lepiej!) i na dodatek podkład jest znacznie bardziej wydajniejszy, bo zwyczajnie wykorzystujemy go znacznie mniej.


Widzicie to, jak idealnie podkład rozprowadza się już na pędzlu? Nie ma ani jednej plamki, dzięki temu makijaż staje się taki łatwy i przyjemny!

Powiem Wam szczerze, że przed zakupem pędzla skutecznie powstrzymywała mnie jego cena - 91,90zł - ale obiema rękoma podpisuję się pod tym, że płacimy za jakość. Nie wyobrażam sobie bez niego mojego makijażu mineralnego, tak samo jak nie wyobrażam sobie już aplikacji płynnego podkładu bez Beauty Blendera. Tym bardziej, że Super Kabuki będzie z nami dużo dłużej niż słynne jajeczko :)

Pędzel Super Kabuki kosztuje 91,90zł, jego mniejsza wersja, Baby Buki - 54,90zł, w sklepie internetowym Costasy.pl. Jest również dostępna jego limitowana wersja z czarno-niebieskim włosiem!

P.S. W sklepie internetowym Costasy.pl trwa teraz promocja -10% na pełnowymiarowe produkty, z okazji Halloween :)

Znacie Super Kabuki lub inne pędzle Lily Lolo? Macie swoich faworytów?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


23 wrz 2016

Kremowa szminka Love Affair | Lily Lolo

Cześć kochani! Ciężko mi ostatnio wrócić do blogowania, a gdy już robię małe kroczki, zawsze coś mi przeszkodzi. Mój laptop ewidentnie musi przejść mały detoks po materiałach nazbieranych podczas studiów, do tego nie wiedzieć czemu nie chce mi czytać karty SD, na której są wszystkie zdjęcia - więc, aby coś dla Was stworzyć, potrzebuje Tośka obok, a gdy już jesteśmy razem, to albo on nie wziął ze sobą laptopa, albo ja zapomniałam do niego wziąć karty i tak zdjęcia leżą, nieobrobione, niezgrane, prawie że smutne :)

Miałam też sporo spraw do uporządkowania i odhaczenia z listy. Pokazywałam Wam na Instagramie, że w zeszłym tygodniu pomalowaliśmy wreszcie naszą kawalerkę w Opolu - znikła męcząca żółć, która była nawet na suficie, wszędzie jest biało, przestrzennie. Tak bardzo się cieszę!

W zeszłą sobotę graliśmy też z chłopakami pierwszy wspólny koncert. Aparat był w pogotowiu, by nagrywać, ale niestety koncert miał miejsce w restauracji i przez rozmowy nie udało się nagrać ładnego dźwięku - przepraszam wszystkich, których obiecałam podrzucić nagranie! Będzie jeszcze niejedna okazja, przesunie się to tylko w czasie :)

W te wrześniowy, już nie letni dzień, chciałabym Wam opowiedzieć o moim drugim wakacyjnym ulubieńcu od Lily Lolo. Ulubieńcu, który z powodzeniem będzie mi towarzyszył również w jesienne dni, ponieważ jest tak cudownie uniwersalny i klasyczny. Mowa o szmince Love Affair.


Szminka zamknięta jest w minimalistycznym opakowaniu z bieli i czerni. Czarna część jest wykonana z metalu, nie jest matowa, przez co nie brudzi się tak łatwo, jak w przypadku pozostałych opakowań. Porządnie się zamyka, dzięki czemu nie ma obaw, że otworzy się w torebce.  A w torebce spędziła dużo czasu. Nie widać po nim śladów użytkowania, napis się nie ściera, samo opakowanie nie rysuje. Dobra robota.

Formuła jest bardzo kremowa, z satynowym wykończeniem. Łatwo sunie po ustach, a pigmentacja jest raczej średnia. Pomadka w piękny sposób podbija naturalny kolor ust, nadaje im różano-brązowych tonów i niesamowity połysk.

Z racji kremowej formuły i zawartości olejków oraz wosków, nie lubi się z upałami. Zauważyłam, że podczas użytkowania w cieplejsze dni robi się bardziej miękka i podczas użytkowania lekko mi się przechyliła, przez co starła się z jednej strony na opakowaniu podczas wysuwania i wsuwania. Nie straciłam jej wiele, na szczęście, ale nie wygląda to estetycznie.


Olej rycynowy, mika, olej jojoba, wosk candelilla, lanolina, Isoamyl Laurate, Caprylic/Capric Triglyceride, wosk pszczeli bielony, wosk carnauba, tokoferol (wit. E), olej słonecznikowy, palmitynian askorbylu (wit. C0, talk, maltodekstryny, olejek rozmarynowy, tlenek cyny, pigmenty: +/- CI 77891 (dwutlenek tytanu), CI 77742 (fiolet manganowy), CI 77491 (tlenek żelaza), CI 77492 (tlenek żelaza), CI 75470 (karmin), CI 77499 (tlenek żelaza)

Taką szminkę można po prostu z czystym sumieniem zjadać w kilogramach podczas noszenia :) Plus ma świetne działanie nawilżające usta.

Kolor, to coś naprawdę niesamowitego. Bardzo nieoczywisty nudziak, który w opakowaniu wygląda na ciemny brudny róż, na ustach pokazuje swoje brązowe tony. Pozostawia satynowe wykończenie, usta wyglądają na lekko wilgotne. Na ustach jest wyczuwalna w ten sam sposób, jak nawilżający balsam. Nie zasycha, jest jak pielęgnujące masełko z odrobiną pigmentu. Z tego powodu oczywiście nie jest w stanie przetrwać posiłku czy amorów, ale schodzi bardzo równomiernie i jej brak nie rzuca się w oczy.

Jak już wspomniałam, jest bardzo uniwersalna. Świetnie sprawdza się w letnie spotkania ze znajomymi czy jako prosty dzienniak w delikatnym makijażu. Robi świetną robotę na ustach, a przy okazji delikatnie je pielęgnuje. Jest to również rozwiązanie bardzo eleganckie i z odpowiednią oprawą oka świetnie spisze się wieczorem, na ważnym wyjściu czy przy spotkaniu biznesowym. Dzięki swoim brązowym tonom, świetnie wkomponuje się również w jesienne makijaże.


4g pomadki kosztują 54,90zł w sklepie internetowym Costasy.pl

Mój zdecydowany ulubieniec na lata :) A jak jest z Wami, znacie Love Affair? A może polecacie inną pomadkę Lily Lolo?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


31 sie 2016

Just Peachy | prasowany róż Lily Lolo

Cześć kochani! Na początku wakacji pokazałam Wam cudowności, jakie wylądowały w mojej kosmetyczce zawierające kosmetyki kolorowe - cudowności od Lily Lolo, w których to minerałkach jestem zakochana po uszy od dłuższego czasu. A że wakacje to czas idealny na malowanie - więcej czasu, skóra ładniej wygląda, gdy nabierze trochę koloru i sama kolorówka na niej lepiej wygląda - pełen makijaż wykonywałam z wielką chęcią niemal codziennie!

Dzisiaj opowiem Wam o ulubionym produkcie z tego zestawu, o przepięknym brzoskwiniowym prasowanym różu z lekkim satynowym wykończeniem, po prostu Just Peachy.


Opakowania Lily Lolo po przemianie nabrały świetnego charakteru. Minimalistyczne połączenie tak klasycznych kolorów sprawiło, że kosmetyki wyglądają na znacznie bardziej eleganckie.

Róż zamknięty jest w malutkim opakowaniu kryjącym w sobie 4g produktu prasowanego. Jest lekkie i jest wyposażone w lusterko, przez co świetnie nadaje się do torebki. Wykonane z twardego plastiku, jest solidne, jedynie czarna matowa część trochę za szybko się brudzi - w każdym opakowaniu.

Z łatwością nakłada się na pędzel, wydaje się być delikatnie kremowy ze względu na zawartość pielęgnujących olejków. Jest dobrze napigmentowany. Dzięki temu świetnie rozprowadza się na skórze - zupełnie jak kremowy produkt, z tym że o suchej formule. Jest świetny dla początkujących z makijażem, ponieważ bardzo ciężko jest zrobić sobie nim krzywdę - nawet jeżeli zrobimy sobie plamę na skórze, wystarczy wziąć czysty pędzel (ja najczęściej sięgam po Super Kabuki, z resztkami podkładu między włosiem) i delikatnie zblendować; kolor łagodnieje, a granice stapiają się ze skórą.

na ustach błyszczyk English Rose

Mika, olej jojoba, olej arganowy, olej z pestek granatu, tokoferol (wit. E), olej słonecznikowy, olej manuka, sól sodowa kwasu hialuronowego,  Eryngium Maritimum Callus Culture Filtrat (mikołajek nadmorski), pigmenty: +/- CI 77891 (dwutlenek tytanu), CI 77742 (fiolet manganowy), CI 77491 i CI 77499 (tlenki żelaza)

Jak już wcześniej wspomniałam, róż zawiera w sobie pielęgnujące olejki, wszystkie te stosowałam na mojej tłustej skórze solo i świetnie się na niej sprawdzały - mam więc pewność, że nałożone na policzki nie będą wzmagały przetłuszczania w tym miejscu. Ponadto znajdziemy w nim również kwas hialuronowy w postaci soli, który delikatnie nawilży skórę podczas noszenia. Kolor uzyskany jest naturalnymi mineralnymi pigmentami z dodatkiem miki, która daje delikatne satynowe wykończenie - dzięki czemu efekt na skórze nie jest płaski i skóra promienieje. Nie jest to jednak na tyle błyszczący róż, który podkreślałby niedoskonałości skóry.

Uwielbiam ten kolor! Kolor, opisywany przez producenta jako energetyczna brzoskwinia, to w rzeczywistości delikatny brzoskwiniowy kolor przełamany różem z odrobiną. Nie jest to intensywny pomarańczowy kolor, dodatek różu sprawia, że świetnie się go nosi w wielu połączeniach kolorystycznych, w dzień czy wieczorem. W opakowaniu wygląda na znacznie bardziej różowy, brzoskwiniowe tony ukazują się dopiero na skórze po roztarciu. Jest to świetny produkt dwa w jednym, ponieważ z powodzeniem spełnia na policzkach również rolę bronzera, delikatnie wyszczupla twarz. Poza tym nadaje skórze niezwykłej świeżości, ociepla twarz.

na ustach szminka Love Affair

Świetny produkt na co dzień, szczególnie w wakacyjne dni, przy lekko opalonej skórze. Komponuje się świetnie z nudziakami, delikatnymi ciepłymi różami i czerwienią na ustach, przez co jest bardzo elastyczny w makijażu. Jeśli znacie mnie dłużej, wiecie, że nie sięgam często po róże - większość z nich podkreśla moje zaczerwienienia bądź niedoskonałości skóry - a po Just Peachy sięgam codziennie, bez obaw, że coś mi uwypukli na twarzy. Po prostu uwielbiam tę brzoskwinkę! ♥

Za 4g prasowany róż Just Peachy zapłacimy 60,20zł w sklepie internetowym Costasy.pl

P.S. Warto polować na promocję, Costasy często ogłasza je na swoim facebookowym fanpage'u :)


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


7 lip 2016

Odświeżająca mgiełka utrwalająca makijaż | Lily Lolo

Cześć kochani! Wakacje dobrze mi służą i wreszcie znalazłam w sobie motywację, by wziąć się w garść i zacząć porządnie pracować nad swoim ciałem. Chodzę - razem z mamą, więc mam najlepsze towarzystwo na świecie! - na siłownię, ćwiczę również w domu i mam fioła na punkcie moich ramion, na których zaczęło się coś zarysowywać :):):)
Jak tak dalej pójdzie, to mnie na roku nie poznają, gdy wrócę w październiku! Ale dobrze, przecież o to w tym wszystkim chodzi! Zmiany, zmiany! Ale dzisiaj nie o tym, dzisiaj o ciekawostce dla malujących się minerałami (i nie tylko!).

Minerały w moim makijażu są ze mną od ponad dwóch lat i niezwykle dobrze służą one mojej buzi. Odkąd się przerzuciłam, buzia nie błyszczy się tak bardzo, nie mam problemów ze zważonym podkładem, minerały nie podkreślają niedoskonałości skóry, a do tego są niewyczuwalne na skórze, bardzo komfortowe w noszeniu przez cały dzień. I łatwe do poprawek!

O minerałach porozmawiamy przy innej okazji, bo mam Wam wiele do powiedzenia, odkąd w mojej kosmetyczce pojawiły się nowości od Lily Lolo. Dzisiaj jednak opowiem Wam o produkcie tej samej marki, który ma za zadanie utrwalić makijaż, zniwelować efekt pudrowości, jeśli minerałów nałożymy za długo i sprawić, by był trwalszy. Mowa o utrwalającej mgiełce do makijażu od Lily Lolo.


Mgiełka jest bardzo poręczna, nadaje się do torebki i wygląda bardzo elegancko poprzez połączenie czerni i bieli. Dam sobie rękę uciąć, że jeśli wyciągniecie ją w toalecie podczas poprawiania makijażu, nie jedna kobieta będzie się zastanawiać jakim ekskluzywnym cudem opryskujecie sobie twarz. Opakowanie jest porządnie wykonane, nie otwiera się w torebce, a sam atomizer działa płynnie, rozpyla delikatną mgiełkę produktu i się nie zacina.

Mgiełka nie pachnie zbyt przyjemnie, ma drażniący kwaskowaty zapach, który przypomina mi zapach stężonego soku z aloesu (przestarzałego!). Niemniej jednak zapach ten jest naturalnym zapachem produktu, ponieważ nie zawiera on kompozycji zapachowej, ani pochodnych olejków eterycznych. Wykończenie na skórze ma lepkie, co przy mojej tłustej skórze nie jest przyjemne. Ta lepkość mnie zaskoczyła, ponieważ mgiełka miała być odświeżająca. Z tego powodu nie używałam jej w ciągu dnia, gdy miałam makijaż na twarzy, bo było to dla mnie niekomfortowe. 

Woda, gliceryna, pantenol, sorbitan poasu, benzoesan sodu, ekstrakt z soku z liści aloesu, ekstrakt z pestek grejpfruta, kwas cytrynowy, ekstrakt z jagód goji, ekstrakt z owocu granatu, ekstrakt z zielonej herbaty

Skład jest prosty, delikatnie nawilżający ze względu na obecność gliceryny i pantenolu, kojący dzięki aloesowi, pantenolowi czy ekstraktowi z zielonej herbaty, poza tym zawiera sporo antyoksydantów, dzięki wspaniałym owocom, jakim są grepfrut, jagody goji czy granat.


To, w czym mgiełka na pewno jest świetna, to niwelowanie efektu pudrowości. Minerały po jej użyciu pięknie wtapiają się w skórę, dając naturalny, lekki efekt na skórze. Nie zauważyłam, by mgiełka wydłużała trwałość makijażu, przynajmniej nie robi tego w znaczący sposób, albo efektu nie widać przy cerach tłustych. Świetnie się sprawdza przy podrażnionej skórze, przy takiej najlepiej sprawdza się u mnie aloes, który jest obecny w mgiełce, w towarzystwie równie kojącego pantenolu, więc jeśli macie problemy z podrażnioną skórą, mgiełka może Wam pomóc w ciągu dnia, nie niszcząc makijażu. 

Za to zauważyłam, że mgiełka powoduje u mnie zwiększone błyszczenie, szczególnie jeśli przebywam w ciągu dnia na uczelni, w zamkniętych pomieszczeniach bądź w laboratorium. Prawdopodobnie nie odpowiada mi stężenie gliceryny (najwyraźniej za wysokie), co objawia się nadmiernym błyszczeniem - stąd też niespecjalnie się lubimy. Używam ją za to w ciągu dnia, jak toniku, gdy nie mam na sobie makijażu - skład ma naprawdę fenomenalny, a gdy mam gołą skórę, jej używanie jest dla mnie już tak nieprzyjemne.


W taki sposób kończy się moja przygoda z tą mgiełką. Miłości nie ma, tak samo jak zachwytów i zdecydowanie nie polecam jej posiadaczką mocno przetłuszczających się cer bądź osobom, którym przeszkadza obecność gliceryny w większych stężeniach. Za to jeśli macie cerę suchą, ta mgiełka może być dla Was strzałem w dziesiątkę :)

50ml mgiełki utrwalającej makijaż kosztuje 60,40zł na w sklepie internetowym Costasy.pl

Macie sprawdzony sposób na utrwalanie makijażu czy nie jest to dla Was istotne?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


2 lip 2016

Wakacyjne nowości w mojej kosmetyczce od Lily Lolo

Cześć kochani! Wiem, że ostatnio Was trochę zaniedbałam, ale sesja jest dla mnie istnym wampirem energetycznym. Jak już znalazłam w sobie tę resztkę energii, dawałam popalić sobie ćwiczeniami, by napięcie w końcu ze mnie zeszła. Od poniedziałku co prawda jestem w domu, ale musiałam po drodze pozałatwiać parę spraw związanych z praktykami. Teraz, gdy wszystko już jest załatwione, zorganizowane - jestem cała Wasza! I na dobry początek wakacji pokażę Wam moje kolorowe nowości w kosmetyczce, mineralne, lekkie, idealne na wakacyjne upały. Przed Wami, dzięki uprzejmości Costasy, dystrybutora między innymi Lily Lolo w Polsce, same cudowności i moje pierwsze wrażenia na ich temat!

Nie są to takie zwykłe kosmetyki do makijażu. Są to kosmetyki pielęgnujące, zawierające w sobie naturalne minerały, olejki, ekstrakty czy witaminy. Dzięki temu nie wysuszamy skóry, nie zapychamy jej, a nawet dbamy przez cały dzień, nosząc makijaż :)




Na ten moment używam sypkiego podkładu mineralnego w odcieniu Warm Peach, jednak opalam się całkiem szybko i za chwilę będzie on dla mnie za jasny. Jestem gotowa na muskanie słońca, ponieważ mam pod ręką odcień o ton ciemniejszy - Popcorn. O nim samym nie mogę jeszcze wiele powiedzieć, ale Warm Peach używam już od ponad roku i nie mam zamiaru zamieniać go na nic innego. Warto zaznaczyć, że podkłady Lily Lolo mają ochronę przeciwsłoneczną SPF 15.

Muszę Wam się przyznać, że pędzel Super Kabuki był moim małym marzeniem, jednak ciężko mi było wydać prawie sto złotych za sam pędzel. Jednak gdy tylko go użyłam, z miejsca zrozumiałam jego fenomen. Jest nie tylko niesamowicie mięciutki i nic a nic nie drapie w skórę podczas malowania, to jeszcze tak niesamowicie rozprowadza podkład na skórze! Podkład należy najpierw porządnie wmasować w pędzel, wtedy on rozprowadza się na nim równomiernie, a cała reszta malowania jest już czystą formalnością. Pędzel zostawia na skórze cieniutką warstewkę kilkoma pociągnięciami, dzięki czemu aplikacja trwa dosłownie parę sekund, a krycie można budować.

Po kilku użyciach pędzla śmiało mogę Wam powiedzieć, że nie będziecie w stanie docenić minerałów bez tego pędzla. Pędzle Annabelle Minerals się do niego nie umywają. Nie rozprowadzają podkładu tak równomiernie i cieniutką warstwą. Mam nadzieję, że posłuży mi na długo!


Ogromnie się cieszę, że Lily Lolo wprowadziło prasowane produkty, bo choć doceniam produkty sypkie, zdecydowanie łatwiej się pracuje na tych w kamieniu - rozprowadzają się one na pędzlu równomierniej, ciężej jest sobie zrobić plamy na skórze, a ich pigmentacja w przypadku Lily Lolo niczym nie odbiega od sypkich.

Matowy bronzer Honolulu jest najciemniejszym odcieniem, poleconym mi przez Panią Olę do mojej karnacji. Bardzo podoba mi się jego kolor, bo jest zdecydowanie chłodniejszy od bronzerów, z którymi miałam do czynienia, i dzięki temu zdecydowanie lepiej zlewa się z moją naturalną opalenizną. Trzeba z nim jednak uważać, bo jest naprawdę mocno napigmentowany i będę musiała z nim jeszcze popracować (i poszukać odpowiedniego pędzla :)), by uzyskać delikatny efekt skóry muśniętej słońcem.

Zależało mi na brzoskwiniowym różu, dlatego postawiłam na Just Peachy, opisany na stronie Costasy jako energetyzująca brzoskwinaę. Wyobrażałam sobie znacznie bardziej pomarańczowy odcień, ale w żaden sposób nie ujmuje to produktowi. W opakowaniu wygląda bardziej różowo, na policzkach daje jednak brzoskwiniową ciepłą poświatę, która potrafi zastąpić również bronzer (na policzkach). Jest to również produkt matowy, ale zarówno w jednym, jak i drugim przypadku nie jest to płaski mat.


Ostatnią bohaterką w mojej wakacyjnej kosmetyczce jest szminka Love Affair. Ma przyjemną kremową konsystencję, jest to bardzo piękny kolor ciemniejszego nudziaka z domieszką brudnego różu, taka brązowo-różowa opcja dzienniaka. Pozostawia na ustach satynowe wykończenie, które sprawia, że usta wyglądają na wilgotne!

Jestem strasznie podekscytowana tymi kosmetykami! Z przyjemnością zabieram się za testy. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze w wakacje mam ogromną ochotę na malowanie, dużo większa niż przez całą resztę roku! 

Któreś z kosmetyków zainteresowało Was szczególnie? Macie swoje ulubione produkty Lily Lolo?

Wszystkie kosmetyki znajdziecie na stronie internetowej Costasy.


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


28 lut 2016

Spotkanie blogerek urodowych w Zabrzu | 20.02.2016

Cześć kochani! W zeszłym tygodniu miałam małą przygodę :) Wybrałam się wraz z moim osobistym bodyguardem Tosiem do Zabrza na spotkanie blogerek! Spotkanie było organizowane przez świetne dziewczyny, Klaudię (She Wolf) i Adę (Avida Dollars), które miałam okazję poznać już na Meet Beauty i które bardzo serdecznie pozdrawiam. Dziewczyny wysłały do uczestniczek specjalne zaproszenie, co sprawiło, że poczułam się naprawdę wyjątkowo :)

Klaudia, piękność o urodzie ze wschodnich kresów, odebrała większość dziewczyn, w tym mnie, z dworca i z uroczą różową karteczką kierowała nas przez miasto. Już wtedy rozpoczęły się pogawędki i atmosfera się rozluźniła :) Spotkanie odbyło się w restauracji - galerii sztuki Impresja, które było niegdyś pływalnią Huty Zabrze, przez co ma swój niepowtarzalny klimat. 

fanpage Avida Dollars
Na miejscu czekała już na nas Ada, której zawsze będę zazdrościć niesamowicie bujnej czupryny. Z miejsca zaczęłyśmy rozmawiać, dziewczyny swoją pozytywną energią potrafiły porwać w wir rozmowy nawet tak nieśmiałą i cichą osóbkę, jak ja - co tylko świadczy o tym w jak znakomitym towarzystwie się znalazłam. Nasze śmiechy - którym nie było końca, Paulina bliżej znana Wam jako Czarszka już o to zadbała :):):) - wypełniły całą restaurację. 

instagram Avida Dollars
Już podczas spotkania rozpoczęły się rozmowy o następnym i powiem szczerze, że naprawdę nie mogę się doczekać. O każdej z dziewczyn można powiedzieć tysiąc wspaniałych rzeczy, Ania (Dziewczyna z Kwiatkiem) urzekła mnie czułością, z jaką mówiła o swoim narzeczonym Bobo, Maria (Make My Place) musi posiadać jakieś magiczne moce, bo zatrzymała czas w wieku 16 lat - a wiedźmą nie jest na pewno, bo jest jedną z najmilszych osóbek, jakie poznałam! - Aga (Agusiak747) ma niesamowity uśmiech i mnóstwo energii w sobie, Karolina (Yuki) ma włosy długie jak Roszpunka i czarujący śmiech, Patrycja (Pata bloguje) przypomina mi małego łobuziaka z niesamowitą pozytywną energią, Paulina (Czarszka) to straszna gaduła - ale to dobrze, bo mówi same ciekawe i pouczające rzeczy! - i oczywiście nasze wspaniałe organizatorki - Ada (Avida Dollars), która opowiada najlepsze anegdotki i na której oczy nie mogłam się napatrzeć oraz Klaudia (She Wolf), wspomniana już piękność ze wschodnich kresów, która jest tak sympatyczną osóbką, że polubiłam ją z miejsca od pierwszej wymiany zdań :)

fanpage Avida Dollars
Z takim towarzystwem nie można się nie bawić dobrze! Spędziłam z dziewczynami ponad 4 godziny, dziewczyny siedziały razem nawet jeszcze dłużej :) Dziękuję ślicznie za wspólnie spędzony czas, niesamowicie przyjazną atmosferę i mnóstwo powodów do śmiechu!

instagram Dziewczyna z Kwiatkiem
Dziewczyny przygotowały dla nas wcale nie drobne upominki, wszystkie wspaniałe. Mam okazję poznać wiele wspaniałych marek!


Domowy Kosmetyk to nowiutka polska marka na naturalnym rynku kosmetyków. Kosmetyki przyszły do nas w tym przepięknym opakowaniu! Bardzo się cieszę, że mamy okazję się poznać, bardzo lubię takie nowinki. Pudełeczko pięknie pachniało cytrusami i mam nadzieję, że ten cudny zapach to zapowiedź naszej przygody :)


Bio IQ to kolejna polska! marka, która od dłuższego czasu kusi mnie na instagramie :) Oprócz kosmetyków dostałyśmy piękną filcową kosmetyczkę z turkusową siateczką w miejscu otworów wykonaną przez Lilalu. Bardzo się cieszę z nawilżającego kremu, a kosmetyczka na pewno wyląduje w mojej torebce!


Alpha H to marka zupełnie mi nieznana, ale produkty bardzo mnie ucieszyły. Dostałam tonik kwasowy z 5% kwasem glikolowym o niskim pH 2,5, który już zaczęłam kwasić i siebie, i Tośka. Reszta na razie czeka w kolejce, choć nie mogę się doczekać i muszę się mocno powstrzymywać :)


Wśród podarunków nie zabrakło również kolorówki! Mam okazję poznać minerałki Pixie, mają duży wybór kolorów i żółty odcień żółtemu nierówny, dzięki czemu naprawdę mam co testować na mojej buzi. Felicea jest mi całkiem dobrze znana, jestem posiadaczka szminki, kredki do brwi oraz oczu, a także korektora, dlatego ogromnie się cieszę, że moja kolekcja poszerzy się o cień w kredce. Lily Lolo (jak i dystrybutor Costasy) również jest mi znane, mogłyście czytać o tej marce w moim kajeciku już nie raz. W nasze łapki wpadła ich nowość, naturalna mgiełka utrwalająca makijaż, a także próbka kremiku nowej marki u Costasy - Nourish. Każda z nas dostała również precyzyjny pędzelek do kresek firmy Nanshy, taki który od dłuższego czasu planowałam sobie kupić. Świetnie maluje się nim kreski - ale jestem gapa i zapomniałam go pokazać na zdjęciu. Teraz już nie mam światła, by swój błąd naprawić, ale postaram się we wtorek podmienić zdjęcia :)


Manna to kolejna polska marka, co ogromnie mnie cieszy - serce rośnie, gdy widzi się tak świetne polskie marki! Manna słynie głównie z mydeł, stąd też w mojej paczuszce znalazło się czekoladowe mydełko oraz takie z węglem aktywnym. Jednak prawdziwą radość wzbudziła we mnie kula do kąpieli, cudnie pachnąca lawendą.  Dostałam też 10ml mini słoiczek z olejek ze słodkich migdałów, który od dawna chciałam wypróbować!


Od Helfy dostałyśmy nowość w sklepie - olejek marki Mohani, którego rodzaj mogłyśmy sobie same wybrać. Postawiłam na olejek Marula. Dodatkowo dostałyśmy saszetki próbek Sesa, w tym olejek, który od dawna chodził mi po głowie. Saszetki te wywołały sporo śmiechu po wyciągnięciu ich z paczki, bo skojarzyły nam się z czymś zupełnie innym... :) Phytocode, który niedawno podbił serca właścicielek lutowego Natudalnie z Pudełka przesłał nam sporo próbek ze swojej oferty. Mam również okazję poznać masło shea od Duafe. Uwielbiam masło shea, a te od Duafe ma lżejszą konsystencje i w moim przypadku przepięknie, ale delikatnie, pachnie olejkiem cytrynowym. Beautyful Face podarowało nam maseczkę kolagenową, którą mam zamiar dzisiaj wieczorkiem otworzyć :)


Elogie zafundowało nam półtorej miesiąca kuracji ampułkami kolagenowymi. W moim przypadku jest to wersja z kofeiną i witaminami. Ampułka z powodzeniem starcza mi na twarz, szyję i dekolt, i jeszcze troszkę trafia się Tośkowi na buzinkę. Jestem ciekawa efektów po półtorej miesiąca, dzisiaj na twarz trafia druga ampułka!

Długo będę wspominać to spotkanie! Nie mogę się doczekać, aż znowu gdzieś wyskoczymy razem. Koniecznie poznajcie się z dziewczynami, jeśli jeszcze ich nie znacie i podglądnijcie jakie skarby dostały - bo dziewczyny postarały się tak bardzo, że dopasowały kosmetyki do naszych potrzeb! Jeśli jesteście zainteresowane, Czarszka nakręciła króciutkiego vloga ze spotkania (który kryje się w długaśnym jak odcinek serialu vlogu:):):)) - króciutkiego, bo bawiłyśmy się tak dobrze, że nie było czasu na wyciąganie aparatów :)


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


18 lut 2016

Makijaż z Chocolate Bar

Cześć kochani! Mam ostatnio bardzo dobry humor, bo spełniłam jedno ze swoich małych marzeń - kupiłam sobie blender typu mix&go i od kilku dni na śniadanko serwuję sobie pyszne zielone koktajle! I nie dość, że niesamowicie się cieszę, to jeszcze jestem pełna energii i moje samopoczucie, pomimo paskudnej pogody za oknem bardzo się poprawiło. 

Robicie sobie poranne koktajle? Jakie są Wasze ulubione przepisy? Na razie zajadam się szpinakiem z bananem, pomarańczą i kiwi, do tego dorzucam łyżkę siemienia lnianego i otrębów żytnich oraz łyżeczkę młodego jęczmienia, by było jeszcze pożywniej i by moje włosy pięknie rosły :)

Coś czuję, że czwartki będą naszym dzień. Na ten moment najbliższe zajęcia mam na 12.15, więc mamy dla siebie dużo czasu. Jeszcze może się to zmienić, bo nie mam jeszcze uzgodnionych godzin z hiszpańskiego, ale przynajmniej dzisiaj czwartek jest nasz. A skoro już mam tak dużo czasu, to może się pomalujemy?

Moje podejście do makijażu jest bardzo luźne, traktuję to jako przyjemność niż konieczność. Lubię się malować i potrafię na sam makijaż oka poświęcić godzinę, ale nie sprawia mi problemu wyjście bez makijażu, nawet bez uczelnię. Chyba że wyjątkowy brzydal odwiedził moją buzię :) 


Skoro mój makijaż jest przyjemnością, to potrzebujemy też przyjemnych produktów. Na buzię obecnie nakładam mieszankę kremu BB z Lily Lolo w odcieniu Light - który wcale taki jasny nie jest! - i True Match z L'Oreala o numerze N1. Jest to dla mnie w tym momencie mieszanka idealna, ponieważ pięknie rozświetla moją buzię, nie podkreśla suchych skórek, nie roluje się i kolor w końcu jest idealny. Do tego pielęgnuje i świetnie chroni przed wiatrem, dzięki dodatkowi kremu BB.

Brwi dzisiaj podkreślam delikatnie, mocno je wyczesuję, by wyglądały naturalnie. Dzisiaj mam ochotę na taką naturalność.


Przy oku pomoże mi cudna paletka Chocolate Bar od Too Faced. Pachnie ona przepieknie czekoladą, a same cienie są kremowe i nie osypują się tak bardzo - jedynie z ciemnymi kolorami jeszcze nie do końca umiem współpracować. Są świetnie napigmentowane i jeszcze lepiej się rozcierają, tworząc śliczną mgiełkę koloru. Mistrzem blendowania nie jestem, ale z tą paletką żaden makijaż nie jest mi straszny!

Paletka jest świetnie skomponowana, możemy nią wykonać zarówno makijaż dzienny, jak i wieczorowy. Zawiodłam się jedynie troszkę na kolorowych cieniach, ponieważ nie są one takie, jak się przedstawiają w paletce. Niemniej jednak paletka daje mnóstwo możliwości i można nieźle pobawić się swoją kreatywnością i budować makijaż oka z niezwykłą głębią. Świetna do zabawy, daje mnóstwo przyjemności taki makijaż, a wygląda się potem na wielkim wyjściu naprawdę zjawiskowo.


Jestem ogromnie zadowolona z jakości tych cieni. Do tej pory cienie do powiek leżały gdzieś na dnie kosmetyczki, stosowałam je jedynie na wielkie wyjścia. Mam tłuste powieki i troszkę opadające powieki, więc większość z nich zbiera mi się w załamaniach już po upływie dwóch godzin. Czekoladowa paletka trzyma się na moich powiekach przez cały dzień, cienie nie migrują i zaczynają się zbierać dopiero po 5-6 godzinach. A z bazą można w nich przetańczyć całą noc i następnego dnia jeszcze cieszyć się pięknym makijażem, nieco jedynie wyblakniętym. Sprawdziłam :)


Paletka zawiera 6 cieni matowych: Beżową White Chocolate, wpadający w brzoskwinię brąz Salted Caramel, ciepły jasny brąz Milk Chocolate, ciepły ciemny brąz Semi-Sweet, ciemny, niemal czarny brąz Tripple Fuge oraz jaśniutki róż Strawberry Bon Bon. Tego ostatniego praktycznie nie używam, nie lubię różowego na oku, a on sam w sobie jest średnio napigmentowany. 

Pozostałe mienią się w większym lub mniejszym stopniu. Gilded Ganache w opakowaniu wydaje się być starym złotem, a tak naprawdę jest bardzo ciemnym brązem z drobinkami, który ujawnia się dopiero po roztarciu. Taką małą niespodzianką, która trochę mnie zawiodła jest Cherry Cordial, ponieważ zamiast piękniego borda na oku jest zwykłym brązem z cieplejszymi drobinkami. Przepiękny za to jest Black Forrest Truffle, ciemny brąz z przepięknymi ciemno fioletowymi, nieco burgundowymi drobinkami - polecam na wielkie wyjścia, robi furorę na oku! Candied Violet po roztarciu robi się szarawo-niebieski i drobinki gdzieś się tracą.

Te cienie, których do tej pory nie wymieniłam, tworzą na oku piękną taflę, a ich drobinki są bardzo drobniutkie, niczym pyłek. Moim ulubionym, po który sięgam prawie codziennie jest Marzipan - mieni się on na oku przepięknie i cudnie odświeża spojrzenie. Hazelnut, miedziany brąz najczęściej gości na dolnej powiece, mocno go rozcieram i tworzy przepiękną mgiełkę. Haute Chocolate też bardzo lubię, wieczorem, ponieważ kryje w sobie piękną złotą poświatę. I Amaretto, który jest stworzony by błyszczeć na czerwonym dywanie, tworzy na oku piękny miedziano winny poblask. Ostatni, Champagne Truffle jest wyjątkowym cieniem, który sięgam prawie tak samo często jak po Marzipan, najczęściej do kreski na oku - tworzy na oku efekt gwiezdnego pyłku, jakbyśmy miały lekko mokre oko. 



W dzisiejszym makijażu oko moje zdobi mleczna czekolada w załamaniu, marcepan na całej ruchomej powiece - dzięki czemu moja tęczówka wydaje się bardziej zielona - a na dolnej piękny orzech laskowy.

Paletkę Chocolate Bar znajdziecie tutaj. Kosztuje 179zł.


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


10 wrz 2015

Błyszczyk English Rose od Lily Lolo

Na makijaż naturalny przerzuciłam się już dawno temu. Zaczęło się od mineralnego podkładu Annabelle Minerals, dzięki któremu moja tłusta i problematyczna skóra stopniowo zaczęła się oczyszczać, wypryski zaczęły pojawiać się rzadziej, a sama buzia przestała się tak intensywnie błyszczeć. Później postawiłam na matujący puder na bazie białej glinki od Lily Lolo, który nie tylko jako jedyny potrafił utrzymać moją buzię matową przez cały dzień, ale również ją pielęgnował i sprawił, że używam go znacznie mniej. Następnym krokiem w naturalnym makijażu była maskara, którą postanowiłam zmienić po miesięcznej przerwie w malowaniu rzęs - rzęsy przez miesiąc "odwyku" niesamowicie odżyły, zrobiły się długie i grube, przez co wydaje się ich być więcej. I tak stopniowo zaczęłam coraz bardziej doceniać naturę w makijażu i obecnie w mojej kosmetyczce znajduje się więcej naturalnych kosmetyków niż tych drogeryjnych, choć i tych drugich egzemplarzy wciąż w niej nie brakuje.

To, co kładziemy na usta, jest niezwykle ważne, ponieważ jest to jedyny kosmetyk kolorowy, który zjadamy. Dlatego musimy zadbać o to, by nie zawierały ołowiu, pierwiastka toksycznego dla naszego organizmu i, co ważne, zdolnego do biokumulacji w naszym organizmie. Nawet jeśli nie jesteście wkręcone w temat naturalnych kosmetyków, to na to, co kładziecie na usta, warto zwracać uwagę!

W mojej kosmetyczce już spory czas temu pojawił się błyszczyk Lily Lolo w odcieniu English Rose.


Opakowanie jest niezwykle eleganckie i schludne, pozwala nam zobaczyć ile produktu nam jeszcze zostało. Aplikator jest klasyczny, jak to w błyszczykach, dobrze się go odkręca. Muszę przyznać że opakowanie jest bardzo wytrzymałe, bo błyszczyk nie raz wylądował na podłodze i pamiątką po tych bliskich spotkaniach jest zaledwie kilka rysek widocznych jedynie pod światło.

Błyszczyk pachnie obłędnie, budyniem kakaowym! Zapach ten jednak nie jest nachalny, wyczuwalny jedynie przy aplikacji, potem znika.

Olej rycynowy, poliglicerydy kwasu oleinowego/linowego/linolowego, monooleinian sorbitolu (emulgator, z oliwy z oliwek), wosk pszczeli bielony, olej jojoba, mika, aromaty, wosk carnauba, wosk candelilla, tokoferol (witamina E), barwniki: dwutlenek tytanu, tlenek żelaza II i III, karmin, fiolet manganowy.

Skład jest prościutki i bardzo przyjemny dla oka. I dla ust! Dzięki zawartym w nim olejom, nasz błyszczyk dodatkowo będzie pielęgnował nasze usta poprzez natłuszczenie. Świetne rozwiązanie na nadchodzące jesienne i zimowe spacery.


Powiem szczerze, że nie spodziewałam się po nim tak silnej pigmentacji. Błyszczyk nadaje ustom pięknego różanego odcienia, bardzo dziewczęcego. Zawiera malutkie opalizujące drobinki, które nie rzucają się mocno w oczy, a nadają pięknego blasku.

Początkowo błyszczyk jest bardzo klejący, czego ja wprost nie znoszę w błyszczykach. Jednak oleje z czasem wpijają się w ustach i po około piętnastu minutach uczucie lepkości znika. Z początku usta mocno się błyszczą, ale efekt ten stopniowo słabnie i po dwóch godzinach na ciągle lekko różanych ustach pozostaje bardzo subtelny błysk. Ponieważ ja z mało którym błyszczykiem się dogaduję, w większości przeszkadza mi przesadne nabłyszczenie ust, jakbym posmarowała je smalcem, z Lily Lolo czuję się naprawdę świetnie. 


Podoba mi się aspekt pielęgnacyjny błyszczyku. Usta nie są niesamowicie nawilżone, bo po prostu nie ma ich co w tym składzie nawilżać, ale są natłuszczone i miękkie. Stanowi ich świetne zabezpieczenie przed złymi warunkami pogodowymi, jakie się do nas zbliżają - przed wiatrem czy mrozem. Niemniej jednak nie jest to produkt pielęgnacyjny i usta trzeba dodatkowo nawilżać pomadką. I tak robi więcej, niż oczekiwałam :)

I jeszcze oczywiście efekt na ustach!


Przy okazji możecie sobie pooglądać, jak moja skóra wygląda po przeszło miesiącu używania Luny :)

Znacie błyszczyki Lily Lolo? A może miałyście do czynienia z ich szminkami? Ja mam ogromną chrapkę na odcień Desire na jesień :)

P.S. W poniedziałek będę blondynką... :)


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


9 lip 2015

Wakacyjna kolorówka

Ostatnim razem pokazałam Wam, jak wyglądała moja wakacyjna kosmetyczka pod kątem pielęgnacji. Dzisiaj chciałabym razem z Wami zrobić przeszpiegi w mojej kolorówce, która pojechała razem ze mną do Chorwacji. Co prawda, nie było to nic odkrywczego, zabrałam ze sobą te kosmetyki, które stosuję na co dzień, by makijaż był szybki i przyjemny, a mimo wszystko przyjemny dla oka :)


Makijaż był skromny, za to wszystkie zabrane przeze mnie rzeczy używałam przez cały wyjazd.
Przed przystąpieniem do makijażu zawsze dbam o odpowiednie nawilżenie skóry, dzięki czemu minerałki prezentują się na niej pięknie. Od kilku miesięcy nieodmiennie dba o to nawilżające serum Baikal Herbals, które u mnie spokojnie spełnia wszystkie zadania kremu nawilżającego na dzień.

Makijaż rozpoczynam od pudru - jest to trik, który stosuję już od ponad roku, ponieważ świetnie przedłuża zmatowenie mojej buźki. Stosuję matujący puder od Lily Lolo, który nałożony w ten sposób dodatkowo pielęgnuję moją buźkę, wspomagając jej procesy regulacyjne - dzięki zawartości glinki porcelanowej.


Następnym krokiem jest mineralny podkład Annabelle Minerals w odcieniu Golden Light - kolor ten mogłam nosić dopiero po drugim dniu wyjazdu, gdy buźka mi się trochę opaliła. Jeszcze przez te wakacje mi posłuży, jednak następnym razem sięgnę po nowość AM, odcienie Sunny, które na swatchach wydają mi się trochę jaśniejsze od odcieni Golden.
Podkład nakładam pędzlem kabuki, również od AM.

Po nałożeniu makijaży ponownie poprószam twarz pudrem Lily Lolo.


Brwi wypełniam kredką Felicea Natural w odcieniu dla blondynek (nr 83). Kosmetyki Felicea Natural są u mnie nowością, a już zdążyłam je polubić. Kredka do brwi jest dla mnie idealna, ponieważ ma w sobie trochę ciepłych tonów, nie jest zimnym brązem, ale też nie jest rudawa. Długo szukałam takiego odcienia.

Drugą kredką, klasyczną czarną (czarna kredka to obowiązkowy punkt w mojej kosmetyczce!), zaznaczam górną linię wodną oka. Mam duże oczy i ten zabieg pięknie wyostrza mi spojrzenie, a jednocześnie optycznie zagęszcza rzęsy. W ramach kaprysu rysowałam nią również kreski.


Skoro już jesteśmy przy makijażu oka, wypadałoby dodać mu troszkę koloru. W tym wypadku zawsze sprawdzają się cienie Lily Lolo: Souls Sister albo Chocolate Fudge Cake.

Soul Sister to piękny opalizujący brąz, przypominający trochę On and On Bronze z serii Color Tattoo, jednak jest on odrobinę chłodniejszy. Jest to cień, którym możemy wykonać pełen makijaż oka na szybko, ponieważ sam z siebie pięknie zaznacza załamanie oka. Makijaż wygląda tak, jakbyśmy poświęciły mu wiele czasu na blendowanie, a tak naprawdę wystarcza cień rozprowadzić na powiece.

Chocolate Fudge Cake to dopiero gradka! Kupiłam go jako piękny fiolet, a okazał się cudowną niespodzianką. Fiolet ten podczas rozcierania zamienia się w ciepły, czekoladowy, lekko opalizujący brąz. Im bardziej cień rozcieramy, tym staje się bardziej brązowy. Blendując go w różnym stopniu uzyskujemy fenomenalny makijaż oka wykonany jednym cieniem! Jest to mój ulubiony cień i polecam go każdemu!


Do wykończenia makijaży oka pozostają tylko rzęsy. Z pomocą przychodzi maskara Lily Lolo, która pięknie zaznacza i wydłuża moje rzęsy, delikatnie je pogrubiając. Stosowana solo lubi tworzyć grudki, dlatego każdorazowo przed tuszowaniem smaruję rzęsy odżywką i dzięki temu grudki już nie powstają.
Maskara jest naturalna, jednak nie rozpływa się tak łatwo. Moje kąciki lubią łzawić i na szczęście przy tej maskarze nie powstają nieestetyczne czarne plamy po spływającej maskarze. Do efektu pandy potrzeba prawdziwych łez :)


Moja twarz i szyja, z racji stosowania filtru z wysoką ochroną, są nieco jaśniejsze niż reszta ciała. Aby je ocieplić, korzystam z czekoladki Bourjois w odcieniu 52. Czekoladkę udało mi sie upolować na promocji -40% w Rossmannie - i o dziwo w Opolaninie nikt nie stał przy szafie Bourjois!

Bronzer ładnie zgrywa się z moją opalenizną, jednak gdy byłam bledsza był dla mnie trochę zbyt słoneczny - do konturowania bladych twarzyczek się nie nadaje.


Żeby dodać policzkom trochę koloru sięgam po róż Annabelle Minerals w odcieniu Nude. Jest to odcień uniwersalny, pasujący praktycznie do każdej cery i, co najważniejsze, jest identyczny z moim rumieńcem. Nadaje mojej buźce bardziej młodzieńczego, dziewczęcego wyrazu i trzyma się na twarzy przez cały dzień.

Kolor różu w większym stopniu oddaje zdjęcie zbiorcze. W rzeczywistości róż jest mniej cukierkowy :)


Pozostały tylko usta. A na nich szminka Felicea Naturals w odcieniu 24. Delikatnie różowym nudziaku, który nadaje ustom bardziej dziewczęcego wyrazu. Pokrywa je delikatną warstwą koloru, dzięki czemu jeśli zjem ją w ciągu dnia nie widać nieestetycznych ubytków na ustach. Posiada również niewielką ilość opalizujących drobinek, przez co usta ładnie się błyszczą, a samych drobinek na ustach nie widać bez specjalnego wglądu.
Szminka sama w sobie delikatnie nawilża usta.


W zeszłym roku było tego znacznie więcej, ale połowa rzeczy leżała nie używana, po część sięgnęłam tylko raz czy dwa razy. Tym razem kolorówka była skromniejsza, ale używana każdego dnia. Bagaż się zmniejszył, a ja i tak wyglądałam pięknie :)

Znacie coś z mojej kolorówki? Mam Wam o czymś dokładniej opowiedzieć?

Trzymajcie się ciepło! Jaskółka

Disqus for Jaskółcze Ziele