Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żele pod prysznic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żele pod prysznic. Pokaż wszystkie posty

7 sty 2017

The Olive Branch i Ro's Argan | Lush

Cześć kochani! Nie wiem jak u Was, ale do Opola w końcu zawitał śnieg! I to nie tak, że trochę posypie i na następny dzień stopnieje, zostawiając jedynie brzydką breję. Śnieg z krwi i kości, który skrzypi pod butami, przypominając harce za dzieciaka. A że na długi weekend wracam do domu, na sam dół śląska, mam nadzieję, że przywitają mnie piękne białe Beskidy! Może nawet ulepię z bratem bałwana?

Dzisiaj chciałabym wam poopowiadać o dwóch produktach marki Lush. O balsamie i żelu do ciała. Ro's Argan Body Conditioner i The Olive Branch Shower Gel bardzo przypadły mi do gustu, wyglądem, zapachem i właściwościami.


Żel jest w postaci dwufazowej, na górze oddziela się cienka mleczna warstewka, więc produkt trzeba porządnie wstrząsnąć przed użyciem. Pomarańczowy żel, początkowo klarowny staje się mętny. Pachnie przepięknie, jak wizyta w pomarańczowym sadzie w ciepły letni dzień. Jest słodko od pomarańczy i mandarynek, jest trochę cierpko od kwiatów pomarańczy.

Żel ma zbyt rzadką konsystencję i to jest jego jedyny minus. Przecieka przez palce i niestety za dużo się jego marnuje w ten sposób. Pieni się delikatnie, równie delikatnie myje ciało, nie ściąga skóry.
Żelem można również umyć włosy, co oczywiście wypróbowałam. Na włosach pieni się znacznie lepiej, myje dokładnie, ale wciąż delikatnie. Włosy są po nim sypkie i dobrze się rozczesują. Intensywnie pachną tym wibrującym pomarańczowym ogrodem - moje włosy bardzo łatwo przyjmują zapachy, pachniały żelem do następnego umycia.

Wywar z liści winogron, woda, SLeS, Sodium Cocoamphoacetate, świeży sok z mandarynek, oliwa z oliwek (Fair Trade), zapach, glikol propylenowy, olejki: bergamotkowy, cytrynowy, absolut z kwiatów pomarańczy, olejek mandarynkowy, sól morska, limonen, linalol, hydroksycytronelal, lilial, C1 14700, Methylparaben

Lush ma świetne składy kosmetyków, wykorzystuje ciekawe surowce, jak wywar z liści winogron czy świeży sok z mandarynek. Rzadko kiedy można spotkać zastosowanie samej wody w fazie wodnej i uważam, że to jest świetne rozwiązanie, taka zabawa wodnymi infuzjami zamiast dodawania "pustej" wody.


Balsam Ro's Argan przypomina w konsystencji smakowity budyń. W dotyku jest mokry i bardzo łatwo wpija się w skórę, pozostawiając po sobie cienką warstwę tłustego filmu, która po chwili znika. Zapach jest wibrujący, różany, kojarzy się z orientem. Bardzo wydajny produkt.

Skóra jest po nim przyjemnie miękka i odżywiona. Świetnie sprawdza się zimą na przesuszone ręce, utrzymuje nawilżenie skóry przez długi czas, a różany zapach przyjemnie otula. Niezwykły przejemniaczek na chłodne zimowe wieczory - o ile dacie radę wytrzymać bez dresu na tyle, by się nim posmarować :)

Woda wiosenna, gliceryna, olej ze słodkich migdałów, wywar z liści cyprysu, olej z orzechów brazilijskich, wywar z lasek wanilii, masło shea (Fair Trade), kwas stearynowy, olej arganowy, masło cupuacu, zapach, trietanoloamina, masło kakaowe (organiczne, Fair Trade), sok z jagód goji, absolut różany, olejki: różany, geranium, cytrynowy; limonen, alkohol cetylostearylowy, cytronelol, kumaryn, Methylparaben, Propylparaben
Balsam kryje w sobie wiele wspaniałych olejów i maseł: słodkie migdały, orzechy brazylijskie, shea czy cupuacu, a także takie cudowności jak wywar z lasek wanilii - wyobrażacie sobie, jak musi pachnieć sam wywar? - czy absolut różany, które w głównej mierze wpływają na cudny różanych zapach z nutą orientu. Dzięki temu balsam jest lekki, a jednocześnie porządnie odżywia skórę. Widzicie te dodatki w postaci wywaru z liści cyprysu czy soku z jagód goji? :) Cudo!

    Żel The Olive Branch kosztuje 4,95 funtów za 100g w sklepie internetowym Lush.
    Balsam Ro's Argan kosztuje 16,50 funtów za 225g w sklepie internetowym Lush.

    Linki podaję Wam poglądowo. Lush nie wysyła produktów do Polski, głównie ze względu na krótki termin przydatności produktów. Lusha można upolować w Czechach, Niemczech czy na Węgrzech, więc jeśli macie okazje, koniecznie odwiedźcie ich sklep. Mnóstwo cudowności można tam znaleźć!

    Macie swoich ulubieńców wśród oferty Lush?


    Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


    3 mar 2016

    Pomarańcza z grejpfrutem czy kremowy kwiat pomarańczy? | Le Petit Marseillais

    Ach, kochani, ale ja dzisiaj jestem zrelaksowana! Zrelaksowana i niesamowicie szczęśliwa. Poszłam dzisiaj na zajęcia z pilatesu, ale nie takiego zwykłego, o nie. Był to Pilates Stick, podczas których to zajęć ćwiczy się ze specjalnym drążkiem przymocowanym taśmami do ściany. Czuję każdy mięsień, a ręce chciały mi odpaść przy przyciąganiu drążka do brzusia na leżąco (a ja sama chciałam wyć wniebogłosy!), ale endorfiny mnie rozpierają. Co prawda następne moje zajęcia nie odbędą się już ze Stickiem, bo w tej grupie nie ma miejsca, ale będę chodzić na bardziej wymagające ćwiczenia pilatesu z dodatkową pracą nad mięśniami brzucha. Szczerze nie mogę się doczekać!

    Następnym razem koniecznie pokaże Wam jak wygląda sala do ćwiczeń. Jest niesamowicie klimatyczna, z rozpalonym woskiem Yankee Candle i cotton balls ułożonymi na podłodze w rogu! Jak cotton ballsy mnie do tej pory nie urzekły, to teraz je uwielbiam :)

    Dzisiaj pozostaniemy w tej relaksującej atmosferze, a podtrzymać ją pozwolą nam żele pod prysznic Le Petit Marseillais - o których wspominałam Wam, gdy opowiadałam o migdałowym mleczku tej marki. Pachnie ono pięknie, takim mleczkiem z nutą migdałów, ale zapach ten nie umywa się do zapachu żeli.


    Opakowania, choć pięknie kolorowe (i pięknie wychodzące niemal na każdym zdjęciu), są niezwykle toporne, co dostrzega się dopiero po umieszczeniu ich koło wanny. Są wąskie i wysokie, szczególnie te większe opakowanie i łatwo je przewrócić. Aplikowanie odpowiedniej ilości też wcale nie jest takie proste. Ale to tylko żel pod prysznic, który znajdziecie w każdej drogerii za mniej więcej 14zł za 400ml butelkę, więc można mu to wybaczyć.


    Z tego zestawienia bardziej przypadł mi do gustu kremowy żel kwiat pomarańczy. Uwielbiam ten zapach w postaci hydrolatu, dlatego dużo od tej wersji zapachowej oczekiwałam. Zapach jest całkiem nieźle odwzorowany, ma w sobie dodatkowo niezwykłą kremowość i delikatność. Żel nie wysusza mojej skóry i utrzymuje się jeszcze chwilę. Zapach jest bardzo relaksujący i uwielbiam go zarówno wieczorami, jak i porankiem.

    Druga wersja to faworyt Tośka. Pachnie intensywnie cytrusami i jest mocno pobudzający. Może być zarówno żelem pod prysznic, jak i do kąpieli - ale szczerze nie wyobrażam sobie kąpieli w jego towarzystwie. W kąpieli lubię się wyleżeć, rozgrzać i zrelaksować, a ten żel przynosi mi jedynie pobudzenie. Choć muszę przyznać, że przy porannym prysznicu jest naprawdę świetny, szczególnie po porannym treningu. Również nie wysusza mojej skóry i pozostaje na skórze nawet nieco dłużej od swojego poprzednika.

    Muszę przyznać, że te żele naprawdę mnie zaintrygowały. Mam ogromną ochotę na Lawendowy Miód oraz Werbenę z Cytryną. Na pewno jeszcze je ugoszczę w pobliżu wanny :)

    Znacie Le Petit Marseillais?


    Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


    23 sie 2015

    Peruwiańskie szmaragdowe mydło do ciała i włosów | Eco Lab

    Dzisiaj jestem przeszczęśliwa (i zakatarzona przez alergię), bo udało nam się znaleźć domek dla dwóch kotełków o umaszczeniu tygryskowym. Kotełki trafiły do rodzinnego domu Tośka, powolutku się oswajają, są bardzo nieśmiałe i ciągle trwa burza mózgów nad nadaniem im imienia.

    Na pewno możecie się spodziewać multum zdjęć naszych nowych pociech na moim Instagramie! Jak tylko maleństwa się odważą wyjść z transportera :)

    Dzisiaj opowiem Wam o peruwiańskim szmaragdowym mydle od Eco Lab, które miało zastąpić mi mydło cedrowe babuszki Agafii. Po ponad półrocznym użytkowaniu cedrowego mydła zachciało mi się zmiany!


    Mydło dostajemy w 450 ml opakowaniu z cienkiego plastiku. Pokrywka jest elastyczna, łatwo ją podważyć mokrymi rękoma, jednak zamykanie nie jest już takie łatwe - ja zawsze zamykam je po wyjściu z wanny, suchymi już rękami.

    Kolor jest przepiękny, opalizujący, mieniący się cudnie. Zapach zaś jest nijaki, słabo wyczuwalny, typowo drogeryjny, nie zachwycił mnie niczym.

    Konsystnecja mydła peruwiańskiego jest dość specyficzna. Mydło ciągnie się, zupełnie jak mydło cedrowe, jednak jest przy tym niesamowicie lepkie. O ile podczas nabierania produktu cecha ta jest całkiem przyjemna, produkt sam przylega do palców i nigdzie nam nie ucieka, to już przy jego aplikacji na skórę robi się nieprzyjemnie. Rozsmarowywany na ciele przywiera do skóry i trzeba się sporo namachać, by zamienić go w pianę. Uczucie to przypomina mi użytkowanie pasty cukrowej, gdy ta przylepia się do skóry i masujemy ją dłonią, by w końcu się rozpuściła.


    Woda, Sodium Coco-Sulfate (detergent z oleju kokosowego), sorbitol, organiczne masło kakaowe, olej awokado, olej jojoba, wyciąg z marakui, olej z papai, olejek paczuli, Cocamide DEA (detergent z oleju kokosowego), kompozycja zapachowa, benzoesan sodu, sorbinian potasu, kwas sorbinowy (konserwanty), CI 73000, CI 75810 (barwniki: indygo, chlorofil).

    Mydło ma bardzo prosty skład, znajdziemy w nim dwa łagodne detergenty, kilka przyjaznych dla skóry olejów w tym świetne masło kakaowe i awokado, które bardzo lubię. Zaskoczyła mnie obecność olejku eterycznego paczuli, ponieważ zupełnie go w tym mydle nie wyczuwam.
    Ogromnie cieszy mnie to, że barwniki zastosowane w mydle są pochodzenia naturalnego, znajdziemy w nim indygo i chlorofil.



    Mydło, z powodu swojej nieprzyjemnej cechy przylepiania się do skóry, okropnie mnie drażni i niespecjalnie lubię go stosować na ciało. Niemniej jednak, gdy już się przemogę lub nie mam nic innego pod ręką, pozostawia skórę miękką, jest dla niej bardzo delikatne. Jednak zdecydowanie częściej sięga po nie Tosiek niż ja.

    Stosowane na włosy jest całkiem przyjemne. Oczyszcza je w dobrym stopniu, ładnie się pieni - na włosach tworzy taką przyjemną kremową piankę. Nie obciąża ich, nie przyspiesza ich przetłuszczania, ale również go nie hamuje, ot taki średniaczek, którym można umyć włosy nie mając odżywki pod ręką - bez ryzyka wystąpienia bad hair day. 

    Znalazłam jednak dla niego fajne zastosowanie! Świetnie sprawdza się w przy goleniu, lepiej niż niejedna pianka - pewnie właśnie z powodu przylepiania się do skóry :)

    Romansu nie ma, ale możemy się pokolegować. Obawiam się jednak, że znajomość nie przetrwa rozłąki - jak już go zużyję, drugi raz do siebie nie zaproszę.

    Znacie mydła Eco Lab? Może macie swoje ulubione, które możecie mi polecić? Chętnie kupię za pół roku... :):):)


    Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


    18 cze 2015

    Sugestywna podróż na Hawaje | Eco Lab

    Cześć kochani! Maraton zaliczeniowy i pierwszy egzamin z matematyki mam już za sobą, siedzę więc w domku i mam chwilę oddechu, w trakcie którego mogę spokojnie uczyć się do egzaminu z chemii analitycznej i zoologii :) Dobrze być w domu, nawet jeśli wszędzie wokół wszystko pyli i siedzę z zakatarzonym nosem. Domek to jednak domek!


    Ci z Was, którzy już troszkę mnie znają, wiedzą, że mam bzika na punkcie wszelkich umilaczy kąpielowych. W wannie mogłabym siedzieć godzinami (nawet jeśli nie jest to do końca zdrowe), jest to moja chwila relaksu, a kąpiel jest dla mnie swoistym rytuałem, nie tylko dla ciała, ale i dla duszy. Do wanny zawsze chadzam z książką, często włączam sobie muzykę, a gdy jeszcze mój rytuał zostaje uzupełniony o cudowny aromat używanych przeze mnie kosmetyków to jestem dosłownie wniebowzięta!

    Dlatego gdy zobaczyłam żele do kąpieli Eco Lab (a właściwie, według producenta, olejki do mycia ciała), inspirowane różnymi częściami świata, nie zastanawiałam się długo! W moim koszyku wylądowała wersja hawajska, ale już wiem, że na hawajskiej się nie skończy!

    Opakowanie jest schludne, jak wszystkie od Eco Lab. Zaopatrzona jest w aplikator typu press. Osobiście, przyzwyczajona z poprzedniego żelu od Organic Theraphy (który sam w sobie był zbyt mdły...), który był zaopatrzony w pompkę trochę grymaszę, ale to już kwestia przyzwyczajenia. Olejek wylewa się z łatwością, konsystencja jego jest płynna więc nie trzeba się jakoś specjalnie mocować z opakowaniem.


    Odwar z otrąb owsianych, organiczny olej z pestek brzoskwini, organiczny olej ze słodkich migdałów, betaina kokamidopropylowa, Sodium Coco-Sulfate (siarczan sodu pozyskiwany z oleju kokosowego, surfaktant), ekstrakt z owoców noni, gliceryna, olej z kwiatów orchidei, olejek ylang-ylang, guma ksantowa, kompozycja zapachowa, benzoesan sodu, sorbinian potasu, kwas sorbinowy (konserwanty)

    Skład jest krótki i niesamowicie bogaty. Zamiast samej wody zastosowano tutaj odwar z otrąb owsianych, przez co zyskamy na zmiękczeniu skóry. Przyjemne dla skóry oleje, mocno odżywczy ekstrakt z owoców noni (czyli morwy indyjskiej), tonizujący olej z kwiatów orchidei, tonizujący i odprężający olejek ylang-ylang, czego by chcieć więcej?

    Ciężko jednak mi się doszukać w składzie Hawajów. Raczej jest to chwyt marketingowy, ewentualnie producent zabiera nas w podróż zapachem, działając wcześniej sugestywnie nazwą :)


    Zapach jest niesamowicie przyjemny. Jestem wybredna jeśli chodzi o słodkie zapachy, często są mdłe lub męczące. Olejek do kąpieli jest słodki, ale przyjemnie stonowany, z wyczuwalną wonią kwiatów. Świetnie nadaje się do porannej kąpieli, ponieważ pobudza i daję siłę na rozpoczęcie dnia. Za sprawą olejku ylang-ylang oczyszcza umysł, znika całe napięcie. Jest również przyjemny wieczorem po męczącym dniu, ale to rano czerpię z niego największą przyjemność.

    Ta sugestia ze strony producenta świetnie współgra z zapachem. Myślimy Hawaje, zamykamy oczy i myjemy ciało olejkiem i oczami wyobraźni widzimy kwiaty pływające na powierzchni wody w bambusowej balii :)

    Skóra jest po nim miękka, a zapach trzyma się jeszcze przez chwilę na skórze. Nawet nie specjalnie chce się po nim używać balsamu, gdy skóra jeszcze tak przyjemnie pachnie kąpielą. Z resztą nie ma szczególnej potrzeby, skóra się po kąpieli nie napina - więc jeśli nie macie większych problemów ze skórą, taki żel pozwoli Wam obejść codzienne kremowanie ciała. Idealna opcja dla balsamowych leniuszków.

    Jestem zadowolona z tej małej sugestywnej podróży na Hawaje i jestem ogromnie ciekawa innych części świata według Eco Lab. Następnym razem może Japonia? Karaiby? A może Bali?
     

     Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


    27 wrz 2014

    Cera sucha, alergiczna - żel pod prysznic z Dermedic

    Cześć kochani! 
    Przepraszam za milczenie, ale miałam na głowie pakowanie. Za to już dzisiaj nadaję do Was prosto z Opola! Na razie na pełnej prowizorce, na internecie mobilnym, ale zawsze to coś :) Was zacznę z powrotem odwiedzać dopiero od poniedziałku, gdy przyjdzie miły Pan Monter i nam internecik zamontuje.

    Jeśli chodzi o samo Opole, jestem pod dużym wrażeniem. Mieszkamy sobie z Tośkiem i dwoma współlokatorkami na spokojnym osiedlu, wszędzie mamy blisko, wyczaiłam już stoisko bubble tea, gdzie będę trwonić pieniądze... :) A samo Opole jest naprawdę urokliwym miastem, a jeszcze nie byłam nad Odrą! Jak nam pogoda dopisze, w poniedziałek wybieramy się do zoo.

    Dzisiaj mam dla Was kolejny produkt od Dermedic, z serii dedykowanej dla skóry bardzo suchej i atopowej. Mowa o żelu pod prysznic, który podczas samego mycia ma nam pomóc zregenerować barierę ochronną skóry.


    Wszystkie opakowania Dermedic bardzo mi się podobają, są proste i schludne, nie przeładowane niepotrzebnymi informacjami. Butla żelu jest przeźroczysta, bez problemu możemy stwierdzić kiedy nadejdzie czas na następny zakup. Produkt wydobywamy nakrętką zaopatrzoną w specjalny aplikator, który spotkałam już w kilku produktach od Dermedic - duży plus za wygodę używania, a także transportowania w torbie bez obawy o wylanie się zawartości.

    Sam produkt, jak to żel, jest nieco lejący. Dobrze się pieni, zapach ciekawy, jednak zdecydowanie męski. Nie mam problemu z używaniem męskich żeli, jednak nie jest to rzecz, którą chciałabym się myć codziennie.

    Woda, SLeS (and) Cocamidopropyl Betaine (and) Coco-Glucoside, Cocamidopropyl Hydroxysultaine (zmiękcza skórę i włosy), PEG-7 Glyceryl Cocoate (emulgator), Glycereth-8 ester oleju makadamia, panthenol, Polyquaternium-7 (polimer, zostawia powłokę ochronną), kopolimer akrylowy (zostawia powłokę ochronną), olej lniany, alantoina, kwas cytrynowy, PEG-120 Methyl Glucose Trioleate (emulgator), Parfum, Potassum Sorbate, Sodium Benzoate (konserwanty)

    Skład łączy z sobą oleje - lniany i makadamia, świetne do skóry suchej, genialne regenerują barierę lipidową naskóra - i chemię, która tworzy na skórze powłokę ochronną, by woda nie parowała z uszkodzonego naskórka. Oprócz tego znajdziemy w nim panthenol i alantoinę, które działają łagodząco, co świetnie się sprawdzi u skóry atopowej, alergicznej. Detergenty są zastosowane trzy, dwa z nich są łagodne. Dzięki temu żel dobrze się pieni, ale jednocześnie jest łagodny dla skóry. Zastosowane emulgatory dodatkowo same z siebie nawilżają, konserwanty są w porządku.


    Od razu zaznaczę, nie spodziewajcie się od tego żelu cudów na kiju. Sam w sobie nie nawilży Waszej skóry na tyle, byście więcej nie musiały sięgać po balsamy do ciała. Jest fajny dla leniuszków mego pokroju, które lubią sobie taką przyjemność po kąpieli odpuścić, ale nie zastąpi nam tego w zupełności.

    Skóra po kąpieli jest miękka, sam żel nie podrażnia zmian skórnych. Pieni się naprawdę dobrze, jego niewielka ilość starcza na dużą powierzchnię ciała. Stosowany przez dłuższy okres czasu w parze z balsamem do ciała (nawet przeciętniakiem, którego musimy wykończyć) potrafi porządnie zregenerować skórę. Bardzo przydatny przy skórze właśnie bardzo suchej, atopowej czy alergicznej, nie podrażnia, jest delikatny, nie zrobimy sobie krzywdy podczas mycia.

    Produkt jest dobry, ale sama zdecydowanie wolę mydełka. Pozostawiają skórę bardziej zmiękczoną, same w sobie potrafią nawilżyć podczas kąpieli. Za cenę tego żelu, po dołożeniu około dwóch czy trzech złotych miałabym dwa mydełka na Lawendowej Farmie i jedno od Veggie Bubbles (bez kosztów przesyłki). Za żelem zdecydowanie znacznie bardziej przemawia jego dostępność - znajdziecie go w aptekach czy Hebe :)

    Miałyście ten żel? Czy może jak ja wolicie mydełka? :)

    Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


    1 lut 2014

    Tołpa: botanic, amarantus - nawilżający żel pod prysznic

    Żeli pod prysznic po spotkaniu blogerskim starczy mi chyba na przeszło rok. Jest jednak jeden taki, co wśród całej gromadki się wyróżnia. Nawilżający żel Botanic w wersji Amarantus z Tołpy, dla cery wrażliwej, odwodnionej.


    botaniczny
    żel pod prysznic ma aksamitną konsystencję i urzekający zapach. Delikatnie oczyszcza ciało. Nawilża i zwiększa elastyczność skóry. Odświeża i przywraca gładkość skóry. Zawiera przyjazne dla skóry środki myjące, dzięki czemu łagodnie się pieni.

    sposób użycia
    nanieś żel na wilgotną skórę i masuj do uzyskania delikatnej piany.Następnie spłucz ciało wodą.

    małe wielkie składniki
    torf tołpa.®, ekstrakt z ziaren amarantusa, proteiny pszenicy

    ps
    amarantus uważany jest za roślinę nieśmiertelną. Nawet sobie nie wyobrażasz, że może być coś lepszego dla twojej skóry, bo po prostu nie ma. 

    Uwielbiam te dopiski Tołpy :)


    Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Disodium Cocoamphodiacetate (detergent łagodny dla skóry), Cocamide DEA (detergent łagodny dla skóry, renatłuszcza), Laureth-7 Citrate (substancja poprawiająca zwilżalność wody), Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein (proteiny pszenicy), Sodium Lactate (sól kwasu mlekowego, zmiękcza warstwę rogową), Peat Extract (ekstrakt z torfu), Amaranthus Caudatus Seed Extract (ekstrakt z amarantusa), Glycerin, Lactic Acid (kwas mlekowy, zmiękcza warstwę rogową), Parfum, Styrene/Acrylates Copolymer (polimer, stabilizuje substancje, tworzy film na skórze), Phenoxyethanol (konserwant, alkohol), Caprylyl Glycol (humektant)

    Wykorzystane detergenty są rzeczywiście łagodne. W żelu obecne są proteiny pszenicy, ekstrakt z torfu i z amarantusa, a ponad to dopieszcza naszą skórę gliceryna oraz kwas mlekowy. Obecny jest jeden polimer tworzący film na skórze, który zapobiega odparowywaniu wody. Skład jest krótki (przez moje dodatki wydaje się dłuuuuugi :)), znajduje się w nim to, co jest potrzebne, brak zbędnej chemii.


    Opakowanie jest proste i bardzo poręczne.  I do tego bardzo ładne - kwiatki amarantusa pięknie się prezentują. Wszystkie informacje na nim zawarte są napisane prostym językiem, z zabawnym post scriptum, które zawsze mnie urzeka. Aplikator na "klik" jest świetnym rozwiązaniem, 200ml - więc nie dużą - butelkę można zabrać w podróż bez obawy, że coś nam się rozleje. Do tego łatwo porcjuje się żel. Klik wciska się prosto, nawet mokrymi rękami.

    Konsystencja typowego żelu, z lekko mlecznym, zamglonym odcieniem, przypomina mleczko. Zapach bardo delikatny kwiatowy, niewyczuwalny na skórze. Produkt, za który przyjedzie nam zapłacić około 15 złotych, łatwo rozprowadza się na skórze. Pieni się bardzo delikatnie, bardziej przypomina emulsję.


    Po kąpieli skóra jest przyjemnie zmiękczona i oczyszczona. Normalnie nie potrzebuję smarować się po takiej kąpieli balsamem, jednak gdy jest zimniej i mocniej grzejemy w domku sam żel nie wystarcza. Ciężko mi też stwierdzić czy osoby o suchej skórze mogłyby się w taki typowy dzień obejść bez czegoś do ciała. Nie zauważyłam też, by moja skóra była mocniej nawilżona - efekt jest, ale jest on krótkotrwały, a moja skóra nie jest na tym polu specjalnie wymagająca. Niemniej jednak żel jest bardzo przyjemny, wydajny i niedrogi. Osoby ze skórą wrażliwą powinny się z nim polubić.

    Miałyście jakiś żel pod prysznic od Tołpy? Jakie macie zdanie na temat ich produktów?
    Przypominam, że możecie wygrać 2 kremy tej firmy!

    Pozdrawiam ciepło! Jaskółka

    8 gru 2013

    Alergia na cocamidopropyl betaine

    Cześć kochani! Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o składniku, który występuje w bardzo wielu kosmetykach do włosów, w głównej mierze szamponach, i który swego czasu przysporzył mi sporo problemów ze skórą głowy. Mowa o betainie kokamidopropylowej, którą w INCI spotkacie jako


     cocamidopropyl betaine


    Betaina kokamidopropylowa rozpowszechniła się w szamponach po nagonce na SLS i SLeS - powstało wtedy mnóstwo szamponów wyłącznie z nią jako środkiem myjącym w składzie, często podpisywanymi jako hipoalergiczne, delikatne, dla dzieci. Betaina kokamidopropylowa jest pozyskiwana z naturalnych surowców - oleju kokosowego i betainy. Idealny przykład, że nie wszystko to, co z natury jest najlepsze - a wręcz przeciwnie, natura częściej może uczulać.


    Wiecie, od zawsze miałam łupież, zupełnie jak mój tato. Na naszej półce łazienkowej zawsze stał Head&Shoulders, który raz działał lepiej, raz gorzej, ale generalnie problem był jako tako ujarzmiony. Gdy zainteresowałam się kosmetykami na własną rękę i zaczęłam sięgać po te bardziej naturalne, najczęściej zza wschodniej granicy, problem raz znikał, raz pojawiał się ze zdwojoną siłą. Nie potrafiłam odkryć źródła problemu, z łupieżem walczyłam najczęściej Nizoralem lub podbieranym tacie już wyżej wspomnianym szamponem. Dopiero gdy zaczęłam bliżej analizować składy, zauważyłam powtarzalny się składnik - betaina kokamidopropylowa, często w takich naturalnych, delikatnych dla skóry głowy szampon pojawiająca się w dużym stężeniu, jako jedyny detergent.

    Przeszukałam kawał literatury, by poszukać o nim informacji. Opisywany jest jako składnik łagodny dla skóry i błon śluzowych, łagodzący działanie anionowych substancji powierzchniowo czynnych (w tym SLS, SLeS, temu często te składniki występują w parze), jako składnik występujący solo jest nieszkodliwy, w połączeniu z SLS, SLeS może powodować przesuszenie skóry, łupież, alergiczne zapalenie skóry

    Z drugiej strony, kopiąc głębiej, bardziej zawzięcie, bo problem dotyczył mnie bezpośrednio, dotarłam do informacji, która w zupełności mi wystarczyła. American Contact Dermatitis Society w 2004 roku uznało cocamidopropyl betaine za alergen roku. Zaznaczyli, że reakcja alergiczna nie musi być wywołana faktycznie alergią na ten składnik, co raczej przez jej inwazyjne właściwości (dlatego osoby o wrażliwej skórze głowy powinny szczególnie uważać na ten składnik). Co teoretycznie oznacza, że w mniejszym stężeniu, przy zastosowaniu składników łagodzących jej działanie, może nie powodować alergicznych objawów. Sprawdza się to u mnie, bo nie każdy szampon zawierający betainę kokamidopropylową mnie uczula. Musze jedynak uważać, by cocamidopropyl betaine nie znajdował się zbyt wysoko w składzie, a już na pewno nie może być jedynym surfaktantem zastosowanym w produkcie.



    Padłam ofiarą trendów i bezsensownej nagonki na składniki, które w gruncie rzeczy wcale nie są takie diaboliczne, jak je przedstawiają. Nigdy nie miałam problemu z szamponem zawierającym sam SLS czy SLeS. Cocamidopropyl betaine, zawarta m.in. w dziecięcym szamponie Babydream - swego czasu hit blogosfery!, czy hipoalergicznym szamponie Tołpy z serii Botanic - Gardenia Tahitańska, zrobiła mi spustoszenie na głowie. Długo lizałam rany.

    Co ciekawe, betaina kokamidopropylowa nie wpływa w żaden sposób na całą resztę powierzchni mojej skóry. Tylko skóra głowy. Może z powodu mieszków włosowych? Mogę jedynie zgadywać, ale moja skóra głowy ewidentnie jest bardziej wrażliwa od reszty ciała.

    Kochani, dzisiejsza notatka ma być przestrogą. Nie kolejną demoniczną nagonką przeciwko nowemu składnikowi - z moją alergiczną reakcją jestem raczej w mniejszości. Chcę Was tylko przekonać do obserwacji swojego ciała, bardziej świadomego podejścia do jego potrzeb i marudzenia. Odkrycie tego, który składnik nas uczula jest niekiedy bardzo trudne i mam nadzieję, że ta notatka skróci tę drogę tym, którzy borykają się - może jeszcze nie do końca świadomie - z tym samym problemem, niezidentyfikowanym łupieżem.

    O szkodliwości cocamidopropyl betaine pisała również Pepa i Kasiorra.


    Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


    Disqus for Jaskółcze Ziele