Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szampony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szampony. Pokaż wszystkie posty

18 lip 2016

Szampon lawenda & rozmaryn dla włosów normalnych | John Masters Organic

Cześć kochani! Nie było mnie tu przez ostatnie kilka dni, a wszystkiemu winne było czwartkowe usuwanie ósemki, z którym zwlekałam stanowczo zbyt długo. Była to moja druga ósemka, więc z doświadczenia przerażona byłam jedynie zabiegiem, bo szwy nie dawały sobie znać jakoś szczególnie, ale niestety za drugim razem było dużo, dużo ciężej. Boli niesamowicie, jestem na antybiotyku, non stop na lekach przeciwbólowych i do tego spuchłam tak niemiłosiernie, że wyglądam jak chomik z zapasami na całą zimę :) Muszę też na jakiś czas odpuścić z ćwiczeniami, bo zauważyłam, że mimowolnie spinają mi się mięśnie szczęki. Teraz jest już zdecydowanie lepiej, niż w poprzednie dni, ale dalej nie wyobrażam sobie dnia bez leków przeciwbólowych i cieszę się, że za oknem jest taka paskudna pogoda, bo miałabym naprawdę podły humor!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o szamponie, który dostałam od Tośka na urodziny w marcu i który zdziałał naprawdę cuda na mojej głowie, a mianowicie na skalpie! Mowa o John Masters Organic z lawendą i rozmarynem - moje ulubione połączenie zapachowe! - dla włosów normalnych.


Opakowania John Masters Organic bardzo mi się podobają, wyglądają bardzo elegancko w łazienkowym koszyczku. To konkretnie wykonane jest z plastiku, na tyle mocnego, że przeszedł on spotkanie z podłogą bez zniszczeń, a na tyle elastycznego, że bez problemu da się butlę ścisnąć w celu wydobycia szamponu.

Konsystencja szamponu jest raczej gęsta o pięknym głębokim kolorze bursztynu. A zapach? Czy jest coś lepszego niż połączenie lawendy z rozmarynem? Zdecydowanie uwielbiam, szczególnie że jeśli nie nałożę na głowę odżywki o silnym zapachu, moje włosy delikatnie pachną tym połączeniem w ciągu dnia.

Sok z liści aloesu, woda, Decyl Glucoside, Sodium Lauroamphoacetate, Sodium Cocoyl Sulfoacetate, betaina babasuamidopropylowa (detergenty), panthenol (wit. B5), olejek eteryczny z lawendy wąskolistnej, olejek eteryczny z rozmarynu, hydrolizowane proteiny soi, aminokwasy pszenicy, sorbitol, ekstrakt z liści żywokostu lekarskiego, ekstrakt z kwiatów rumianku, ekstrakt z kwiatów/liści/łodygi lawendy wąskolistnej, ekstrakt z korzenia pokrzywy, ekstrakt z liści/łodygi skrzypu polnego, ekstrakt z krwawnika pospolitego, ekstrakt z białej herbaty, ekstrakt z kory wierzby, ekstrakt z kwiatów wiciokrzewu, sorbitan potasu, benzoesan sodu (konserwanty), Guar Hydroxypro Pyltrimonium Chloride (działanie antystatyczne, poprawiające rozczesywanie), olej lniany, olej z ogórecznika, olej ze słonecznika, olej jojoba, tokoferol (wit. E), siarka, gliceryn

Skład jest bardzo bogaty w naturalne składniki, szczególnie zioła, które poprawiają stan skóry głowy, takie jak lawenda, rozmaryn - poprawiają ukrwienie - rumianek, skrzyp polny, pokrzywa czy kora wierzby - mają działanie kojące i łagodzące, regulują pracę gruczołów łojowych. Ich działanie dodatkowo wspomaga dodatek siarki. Posiada delikatne detergenty, oleje, które dodatkowo łagodzą ich działanie, a także witaminy i proteiny, by szampon dodatkowo pielęgnował włosy podczas mycia. Zapach produktu pochodzi z olejków eterycznych.
 

Jest to świetny szampon na co dzień - delikatny dla włosów i świetnie kojący dla skalpu. Pieni się bardzo dobrze, pod warunkiem, że nie będziemy skąpić w ilości - z początku oszczędzałam, stosując małe ilości i niestety szampon zupełnie nie chciał ze mną współpracować. Nie pienił się zbyt dobrze, szybko znikał we włosach. Dokładanie kolejnych porcji szamponu szybko nauczyło mnie, że takie oszczędzanie sprawia, że zużywam go dwa razy więcej, a efekt końcowy jest średni.

Jeśli jednak użyjemy ilość troszkę większą od orzecha laskowego, szampon pokazuję wtedy swoją prawdziwą naturę. Świetnie domywa włosy, pieni się bardzo przyzwoicie. Nauczył mój skalp ładnie pracować, przez co włosy nie przetłuszczają mi się tak szybko i mogę je myć co dwa, czasem nawet trzy dni, co jest dla mnie ogromnym sukcesem. Za to ostatnie kocham go nad życie, bo moje włosy odżyły, gdy przestałam maltretować je detergentami codziennie.

Szampon jest całkiem wydajny, służy mi od marca i zużyłam dopiero 2/3 236ml opakowania. Niemniej jednak nie używam go co każde mycie - mam w swoim zbiorze również fioletowy szampon, który uspokaja zapędy moich rudawych końcówek oraz proteinowy szampon Joico, które to stosuje naprzemiennie. 

Jestem naprawdę zachwycona tym szamponem i cieszę się, że przyszedł do mnie w prezencie - sama pewnie długo bym się na niego nie zdecydowała ze względu na wysoką cenę. Marzy mi się jeszcze szampon z serii Scalp z wiązówką błotną i miętą dla włosów wypadających i osłabionych, którego miałam sporą próbkę, i który po dwóch użyciach sprawił, że włosy były świeże przez trzy dni!

Za 236ml szamponu z lawendą i rozmarynem John Masters Organic zapłacimy 96zł na stronie internetowej John Masters Organic czy Douglasie. Jest również dostępny w objętościach 60ml i 473ml.

P.S. W Douglasie jest teraz przecena na ten szampon! 236ml kosztuje 69,90zł!

Znacie się z John Masters Organic? Macie swoje ulubione produkty wśród ich oferty?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


18 kwi 2016

Marokański szampon do włosów z glinką rhassoul i olejem arganowym

Cześć kochani! W tym tygodniu Meet Beauty! Nie mogę się doczekać, tym bardziej, że mamy z Tośkiem zaplanowane małe zwiedzanie Warszawy razem z naszą dobrą znajomą z liceum. Tak naprawdę - nie licząc krótkiego wypadu na poprzedniej edycji Meet Beauty, gdzie jedyne co odwiedziłam to Pizza Hut i Arkadia :) - nigdy nie byłam w Warszawie, więc jestem ogromnie podekscytowana naszym weekendowym wypadem.

Z kim z Was się spotkam na Meet Beauty?

Dzisiaj mam Wam do przedstawienia całkiem ciekawy kosmetyk, jakim jest szampon marokański  z glinką rhassoul Beaute Marrakech od Marokosklep.com. Ciekawy, ponieważ jak widać na załączonym zdjęciu, glinki jest w nim całkiem sporo, jest dosłownie utopiona w szamponie, nadając mu brązową barwę i cudowne właściwości oczyszczające.


Butelka jest całkiem poręczna i dzięki ładnej etykietce nieźle prezentuje się w łazience - nieco nawet egzotycznie :) Szampon jest gęsty z powodu dodatku glinki, ale nie ma najmniejszego problemu z jego wydobyciem z butelki. Sama butelka jest wykonana z miękkiego plastiku, więc niewielkim naciskiem można zaaplikować szampon. 

Z racji obecności glinki, na ściankach tworzą się zacieki i zatyczka jest cała pokryta glinką od wewnątrz, co z czasem przestaje wyglądać estetycznie. Glinka jednak nie brudzi wanny, wystarczy ją delikatnie przepłukać po kąpieli i wszystko ładnie spływa.

Jeśli chodzi jednak o same właściwości szamponu, powiem szczerze, że jestem bardzo zadowolona.  Świetnie oczyszcza nie tylko włosy, ale skórę głowy - szampon można potraktować jako terapię dla wrażliwej skóry. Zostaje ona dobrze oczyszczona, ale również odżywiona, dzięki minerałom zawartym w glince. Glinką można wykonać również peeling skóry głowy.


Włosy po użyciu szamponu są puszące się, więc konieczne jest użycie odżywki, która trochę je dociąży. Lubię go za to, że nadaje moim włosom niesamowitej objętości, włosy są odbite u nasady i ładnie lśniące. I niesamowicie puszyste!

Woda, marokańska glinka rhassoul, gliceryna, betaina kokamidopropylowa, Sodium Coco-Sulfate, olej arganowy, Decyl Glucoside, benzoesan sodu, sorbitan potasu, linalol

Skład jest króciutki, zawiera ogrom glinki rhassoul i detergenty, które są delikatne dla włosów. Kryje się w nim dodatkowo olej arganowy, który ma za zadanie odżywić włosy, a gliceryna nawilżyć.

Bardzo polubiłam się z tym szamponem. Myję nim włosy minimum dwa razy w tygodniu dla dobrego oczyszczenia, najczęściej myję nim głowę po olejach, bo dobrze je spłukuje. Jest niesamowicie wydajny - stosuję go od dwóch miesięcy, a ledwie dotarłam do połowy opakowania. Ale to dobrze, bo nie mam zamiaru się z nim rozstawać :)


Korzystacie z marokańskich kosmetyków?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


29 paź 2015

Macadamia Spa - seria dla włosów suchych i łamliwych | Eco Lab

Cześć kochani! Na wstępie chciałam Was poinformować, że rozpoczęłam swoje zabiegi kwasowe. Tej jesieni postanowiłam oddać się w ręce salonu kosmetycznego, bo moja buzia jest dosyć oporna i stężenia, które stosowałam w domu, choć dawały efekty, to były bardzo krótkotrwałe. Zdecydowałam się na 50% kwas migdałowy i wczoraj wieczorkiem odbyła się moja pierwsza sesja. Skóra jest niesamowicie gładka i jestem bardzo ciekawa czy wystąpi wylinka. Na razie nawilżam buzię na zmianę Hydranovem i żelem aloesowym, oba trzymane w lodówce, by przyjemnie ukoić skórę :)

A jak tam u Was? Zaczęłyście się już kwasić na jesień?

Ale dzisiaj nie o buzi będzie, dzisiaj o włosach. Moje włosy w połowie września przeszły zabieg dekoloryzacji. Przed zabiegiem włosy były silne, ale i tak zostały skrócone do długości lekko za ramiona. Przy farbowaniu henną stały się niskoporowate, grube i lejące, i z dnia na dzień obróciłam swoje włosowe życie o 180 stopni - ale nie narzekam, bo pomysł powrotu do naturalnego koloru chodził mi po głowie od prawie roku, a na samą zmianę czekałam przez 3 miesiące!

Niemniej jednak pielęgnacja pukli suchych i puszących się to nie jest mój konik. Zanim jeszcze trafiłam na fryzjerski fotel, postanowiłam zadbać o nową pielęgnację. W wyborze kosmetyków, które miały mi pomóc wrócić do formy moim włosom, pokierowałam się dobrym doświadczeniem, jakie zdobyłam korzystając z kosmetyków rosyjskich - od ponad 2 lat w mojej kosmetyczce znajduje się chociaż jeden rosyjski kosmetyk :) - a także dałam kredyt zaufania niedawno poznanej marce, z którą ostatnio bardzo się polubiłam - Eco Lab.



Postawiłam na zestaw do włosów suchych i łamliwych Macadamia Spa, w postaci szamponu i maski. Muszę przyznać, że jestem zauroczona ich opakowaniami - byłam przekonana, że to mocna strona Planeta Organica, ale włosowe serie spa dla włosów biją całą Planetę Organicę na łeb na szyję :) Zarówno szampon, jak i maska na ciemnym królewskim czerwonym tle mają delikatny wzorek, który nie jest wyraźnie widoczny na zdjęciach, a który nadaje artystycznego charakteru produktom. Zarówno maska, jak i szampon dostajemy w dodatkowym tekturowym opakowaniu, który w żaden sposób nie odbiega urodą od swojego wnętrza.

Oba produkty mają przepiękny, kwiatowy, świeży i delikatnie słodkawy zapach. Zapach utrzymuje się na włosach, jeśli Wasze włosy mają tendencję do wyłapywania zapachów, ale nie jest to zapach natrętny. Ot tak, kwiaty we włosach!


Woda, ekstrakt z imbiru, olej makadamia, ekstrakt z kasztanowca, masło kakaowe, gliceryna, Behenamidopropyl Dimethylamine (emulgator, substancja antystatyczna), organiczny ekstrakt z kwiatów perełkowca japońskiego, *monosterynian glicerolu (emulgator), *stearynian glicerolu SE (emulgator), olejek ylang-ylang, zapach, kwas mlekowy, kwas benzoesowy, kwas sorbinowy, kwas dehydrooctowy, alkohol benzylowy
 
Maska ma objętość 200ml (27,12zł obecnie na Skarbach Syberii) i występuje w lekkiej, bardzo płynnej postaci. Przez to jest niestety mało wydajna i ciągle ma się wrażenie, że jest jej na włosach za mało. Pachnie znacznie intensywnej od szamponu, ale ten zapach jest bardzo przyjemny, kojarzy mi się z salonem spa&wellness gdzieś w Tajlandii na tych pięknych wyspach...


Lubię ją znacznie bardziej od szamponu, świetnie nawilża włosy, ale niestety mają tendencję do puszczenia po jej zastosowaniu. Nie potrafi ich ujarzmić i choć widzę, że przy regularnym stosowaniu jest im z nią zdecydowanie lepiej, to ciężko jest mi ją stosować, bo na ten moment jej użycie wiąże się z wiązaniem włosów w koczek.

Świetnie emulguje oleje i w przypadku stosowania jej przed myciem sprawdza się naprawdę nieźle - tylko niestety włosy po myciu już tak pięknie nie pachną... Sprawdza się równie dobrze jako pierwszy krok w wieloetapowym odżywianiu, stosuję ją na całą długość włosów, wprasowuję ją rękoma we włosy, by ich ciepło pomogło jej wniknąć jeszcze głębiej, a po spłukaniu nakładam już na same niesforne końce maskę, która ujarzmia puszące się końce.


Woda, ekstrakt z oczaru wirginijskiego, Sodium Lauroyl Methyl Isetionate (łagodny detergent), organiczny ekstrakt z perełkowca japońskiego, betaina kokamidopropylowa, olej makadamia, ekstrakt z kasztanowca, gliceryna, chlorek sodu, zapach, benzoesan sodu, sobinian potasu, kwas sorbinowy, Cl 16035 (Curry Red, barwnik kosmetyczny)

Szampon chowa się w bardzo wygodnej tubie o pojemności 200ml (22,32zł obecnie na Skarbach Syberii). Zatrzask działa trochę topornie, zawsze się z nim męczę, bo zawsze mam mokre ręce, gdy sięgam po szampon. Sam produkt jest lejący się, lekko galaretowaty, pachnie pięknie, choć nie tak intensywnie jak maska. Żel ma lekko różowawy kolor. 

Mam co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony włosy po jego użyciu wyglądają naprawdę nieźle, są sypkie i widać, że jest dla nich bardzo delikatny - co ma dla mnie ogromne znaczenie, bo muszę myć głowę codziennie. Z drugiej, choć tworzy intensywną pianę, to ta piana jakoś nie chce ze mną współpracować. Zużywam przez to naprawdę dużo produktu, a często zdarza się, że włosy są po prostu nie domyte na skroniach czy karku. Taki stan rzeczy psuje moją pewność siebie i częściowo samopoczucie.

Nie radzę próbować go z olejami, przeżyłam małą tragedię, na szczęście weekendową :)


I to by było na tyle z moich włosowych nowości w pielęgnacji. Z szamponem nie umiem się przeprosić, maskę sporadycznie lubię, czy to przed myciem, czy w pielęgnacji wieloetapowej, gdy wiem, że położę na włosy coś dociążającego i ujarzmiającego spuszone pukle. Ciągle jeszcze szukam złotego środka, prawdopodobnie wrócę do marokańskiej maski Planety Organici, która towarzyszyła mi na początku mojego włosomaniactwa, i która zdziałała cuda również u mojej mamy, która farbuje się na jasny blond.

A może Wy macie swoje perełki w pielęgnacji włosów rozjaśnianych lub dekoloryzowanych? Możecie mi coś polecić?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


23 sie 2015

Peruwiańskie szmaragdowe mydło do ciała i włosów | Eco Lab

Dzisiaj jestem przeszczęśliwa (i zakatarzona przez alergię), bo udało nam się znaleźć domek dla dwóch kotełków o umaszczeniu tygryskowym. Kotełki trafiły do rodzinnego domu Tośka, powolutku się oswajają, są bardzo nieśmiałe i ciągle trwa burza mózgów nad nadaniem im imienia.

Na pewno możecie się spodziewać multum zdjęć naszych nowych pociech na moim Instagramie! Jak tylko maleństwa się odważą wyjść z transportera :)

Dzisiaj opowiem Wam o peruwiańskim szmaragdowym mydle od Eco Lab, które miało zastąpić mi mydło cedrowe babuszki Agafii. Po ponad półrocznym użytkowaniu cedrowego mydła zachciało mi się zmiany!


Mydło dostajemy w 450 ml opakowaniu z cienkiego plastiku. Pokrywka jest elastyczna, łatwo ją podważyć mokrymi rękoma, jednak zamykanie nie jest już takie łatwe - ja zawsze zamykam je po wyjściu z wanny, suchymi już rękami.

Kolor jest przepiękny, opalizujący, mieniący się cudnie. Zapach zaś jest nijaki, słabo wyczuwalny, typowo drogeryjny, nie zachwycił mnie niczym.

Konsystnecja mydła peruwiańskiego jest dość specyficzna. Mydło ciągnie się, zupełnie jak mydło cedrowe, jednak jest przy tym niesamowicie lepkie. O ile podczas nabierania produktu cecha ta jest całkiem przyjemna, produkt sam przylega do palców i nigdzie nam nie ucieka, to już przy jego aplikacji na skórę robi się nieprzyjemnie. Rozsmarowywany na ciele przywiera do skóry i trzeba się sporo namachać, by zamienić go w pianę. Uczucie to przypomina mi użytkowanie pasty cukrowej, gdy ta przylepia się do skóry i masujemy ją dłonią, by w końcu się rozpuściła.


Woda, Sodium Coco-Sulfate (detergent z oleju kokosowego), sorbitol, organiczne masło kakaowe, olej awokado, olej jojoba, wyciąg z marakui, olej z papai, olejek paczuli, Cocamide DEA (detergent z oleju kokosowego), kompozycja zapachowa, benzoesan sodu, sorbinian potasu, kwas sorbinowy (konserwanty), CI 73000, CI 75810 (barwniki: indygo, chlorofil).

Mydło ma bardzo prosty skład, znajdziemy w nim dwa łagodne detergenty, kilka przyjaznych dla skóry olejów w tym świetne masło kakaowe i awokado, które bardzo lubię. Zaskoczyła mnie obecność olejku eterycznego paczuli, ponieważ zupełnie go w tym mydle nie wyczuwam.
Ogromnie cieszy mnie to, że barwniki zastosowane w mydle są pochodzenia naturalnego, znajdziemy w nim indygo i chlorofil.



Mydło, z powodu swojej nieprzyjemnej cechy przylepiania się do skóry, okropnie mnie drażni i niespecjalnie lubię go stosować na ciało. Niemniej jednak, gdy już się przemogę lub nie mam nic innego pod ręką, pozostawia skórę miękką, jest dla niej bardzo delikatne. Jednak zdecydowanie częściej sięga po nie Tosiek niż ja.

Stosowane na włosy jest całkiem przyjemne. Oczyszcza je w dobrym stopniu, ładnie się pieni - na włosach tworzy taką przyjemną kremową piankę. Nie obciąża ich, nie przyspiesza ich przetłuszczania, ale również go nie hamuje, ot taki średniaczek, którym można umyć włosy nie mając odżywki pod ręką - bez ryzyka wystąpienia bad hair day. 

Znalazłam jednak dla niego fajne zastosowanie! Świetnie sprawdza się w przy goleniu, lepiej niż niejedna pianka - pewnie właśnie z powodu przylepiania się do skóry :)

Romansu nie ma, ale możemy się pokolegować. Obawiam się jednak, że znajomość nie przetrwa rozłąki - jak już go zużyję, drugi raz do siebie nie zaproszę.

Znacie mydła Eco Lab? Może macie swoje ulubione, które możecie mi polecić? Chętnie kupię za pół roku... :):):)


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


12 lut 2015

Wiara w naturę w pielęgnacji włosów

Cześć, kochani! Sesję mam już praktycznie za sobą, pozostał mi jeszcze tylko ustny z chemii (sic!), jednak na tą nieszczęsną formalność mogę spokojnie wybrać się już w nowym semestrze. Tak więc leżakuję sobie w domku, powoli dopinam ostatnie guziki mojego recitalu i w międzyczasie bawię się z moim prezentem na koniec sesji - To-nie-książką :) Chwaliłam się Wam na Instagramie!


Plakat jest moim dziełem i jestem z niego niesamowicie dumna. Przy okazji, jeśli 21 lutego jesteście w okolicach Skoczowa, Cieszyna czy Strumienia to serdecznie Was zapraszam na trochę rockowego brzmienia - wstęp wolny!

Dzisiaj chciałabym Wam przestawić moje ostatnie włosowe odkrycie. Mowa o Faith in Nature, angielskiej firmie kosmetycznej, produkującej kosmetyki naturalne, wegańskie i nietestowane na zwierzętach. Na tę firmę wpadłam przypadkiem, odwiedzając kosmetyczny dział TK Maxxu. Nie mam pojęcia czy obrabowali magazyn Faith in Nature, ale od kilku tygodni mają na półkach ogrom ich kosmetyków i odnoszę wrażenie, że za każdym razem widzę ich coraz więcej :) 
Ja poczyniłam odkrycie włosowe, ale znajdziecie też żele do kąpieli o cudnym zapachu - wnioskuję po tym, że same produkty do włosów zwalają mnie z nóg - czy nawet peeling enzymatyczny, który ostatnio wpadł mi w łapki. Dorwałam się też do męskiej linii żeli pod prysznic o zapachu cedru czy imbiru z czymś równie ciekawym. Akurat Tosiek nie chciał, bo na ten moment nie był mu potrzebny nowy żel, ale jeśli tylko będą dalej po moim powrocie do Opola to na pewno przygarniemy :)

Niestety, choć wybór szamponów był przeogromny, nie mogłam zdecydować się na nic. Wszystkie jak jeden mąż miały w składzie betainę kokamidopropylową, na którą jestem uczulona. Za to skusiłam się na lawendową odżywkę, która wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, że przy następnej wizycie znów zrobiłam obchód w okolice tych kosmetyków. I znalazłam... szampon! Jeden jedyny (i ostatni!) na półeczce bez koki :)
Teraz, jak przeglądam stronę producenta, to takich szamponów jest znacznie więcej... Dobrze, że szampony z Anglii będę musiała sprowadzać, bo bym przepadła...


Tak więc w mojej łazience obecnie goszczą szampon Jojoba z dodatkiem prowitaminy B5, czyli pantenolu oraz odżywka Lawenda&Geranium :)

Taki komplet pięknie zdobi łazienkę. Produkty są pięknie zrobione graficznie, każda wersja ma swoją własną rozpoznawalną etykietę, komplety są do siebie dopasowane, choć nie identyczne :) Butle są wykonane z plastiku z recyclingu, jeśli tylko jest to możliwe.
Nie do końca przekonuje mnie aplikator, oba produkty są bardzo lejące się i przez tak duży otwór wszystko zbyt łatwo się wylewa - co szczególnie przeszkadza w przypadku szamponu, który jest tylko ciut gęściejszy od zwykłej wody. Aplikator typu press byłby w tym wypadku jak ulał, a ja bym nie płakała nad rozlanym szamponem :)

Od szamponu najwięcej wymagałam, jestem bardzo wybredna jeśli chodzi o naturalne szampony. Mam bardzo długie włosy, już prawie sięgają mi talii i słabo pieniące się szampony znikają mi w ekspresowym tempie. Co prawda, codziennie myję tylko skalp, na długości daję im spokój z codziennym myciem, jednak zdarza się im być potraktowanym szamponem i niekoniecznie musi to być mocno oczyszczający - moje końcówki mocno kapryszą :)

Pierwszy ogromny atut: pieni się i to całkiem nieźle! Ma w składzie jedynie ALS, a pianę tworzy całkiem konkretną - aż się Tosiek zdziwił :) Na dobrą sprawę wcale nie potrzeba go wiele (chociaż z tą aplikacją małej ilości dalej mam problemy...), by umyć cały skalp i zjechać nim jeszcze trochę na długości, więc pomimo swojej płynnej konsystencji posłuży mi trochę czasu.
Zapach jest przecudowny. Zakochałam się zarówno w zapachu szamponu, jak i odżywki. Szampon ma zapach słodkawy, z cytrusową nutą, kojarzy mi się z pudrowymi cukierkami z dzieciństwa! Myjąc głowę w momencie się rozweselam i nabieram ochoty na łobuzowanie!
Dzisiaj podjęłam pierwszą próbę zmycia oleju tym szamponem i tutaj też poradził sobie całkiem nieźle, choć zużyłam go nieco więcej niż zazwyczaj. Obyło się jednak bez drugiego mycia i włosy są przyjemnie sypkie. Jednak do zmywania oleju pozostanę przy mydle cedrowym.
Po umyciu włosy są sypkie i mięsiste, nie plączą się. Można sobie pozwolić na szybkie umycie głowy, bez odżywki, nie ryzykując tym samym bad hair day. Świetne efekty uzyskuje się stosując go w parze z odżywką, ale o tym za chwilkę.

Pozbyłam się przy nim łupieżu. Przy mydle cedrowym myślałam, że w końcu czuję ulgę, ale jednak ciągle miałam nawroty. Szampon Faith in Nature zupełnie zniwelował problem, przez co podejrzewam, że SLS również mi nie służy. Za to jego łagodniejsza wersja wraz ze wsparciem cudnych olejków eterycznych świetnie dogaduje się z moim skalpem.

Woda, Ammonium Laureth Sulfate (ALS), sól morska, Polysorbate 20 (emulgator z oleju kokosowego), olej jojoba, panthenol, olejek pomarańczowy, olejek ylang-ylang, olejek z drzewa herbacianego, puder z alg brunatnych Ascophyllum Nodosum, sorbinian potasu, benzoesan sodu, kwas cytrynowy (konserwanty), limonen

Skład jest krótki, prosty, bez udziwnień. Znajdziemy w nim kojący pantenol, odżywiający olej jojoba, olejki eteryczne, które dbają o skórę głowy i sprawiają, że jej mycie staje się swoistym rytuałem. Puder z alg brunatnych jest bogatym źródłem minerałów. Za pienienie się odpowiada delikatny detergent. Widzicie, jak niewiele trzeba, by stworzyć świetny szampon?

Tutaj to się można zachwycić! Opakowanie jest niesamowite, drobne kwiatki widoczne na etykiecie jest wprost urzekające :)
Odżywka jest znacznie bardziej gęsta, jednak dalej bardzo lejąca. Przez tę konsystencję wydaje się, że wpija się ona we włosy zaraz po nałożeniu, jednak już taka niewielka ilość potrafi zdziałać cuda na głowie.
Szampon może budzić we mnie małego łobuziaka, ale to zapach odżywki skradł moje serce. Połączenie lawendy i geranium jest wprost nieziemskie. Musze kupić sobie oba te olejki eteryczne i stosować razem. Jeśli nie wierzycie w aromaterapeutyczne działanie olejków eterycznych, dajcie szansę tej odżywce. Przyjemnie odpręża i oczyszcza umysł. Czuć ją przez cały czas trzymania preparatu na włosach, dzięki czemu można się zrelaksować jak w renomowanym spa. Ma w sobie niesamowitą świeżość i lekkość.

Odżywka wygładza włosy, zdecydowanie się lepiej układają. Stanowi idealne uzupełnienie szamponu, ten komplecik nigdy nie przysporzył mi bad hair day. Włosy są elastyczne i mięsiste, jakby pełne życia oraz niesamowitego naturalnego blasku. Jednak odżywka sama w sobie nie nawilża dostatecznie dobrze. Jest fajnym uzupełnieniem pielęgnacji, jest dobra do stosowania na co dzień, ale bez dobrze nawilżającej maski lub domowego zabiegu przynajmniej raz na tydzień włosy będą wołały o pić - o czym się przekonałam się pod koniec sesji, gdy byłam już zmęczona i nie miałam ani chęci, ani ochoty na bardziej wymagające zabiegi.

Woda, alkohol cetylowy (emolient), olej rzepakowy, olejek lawendowy (Angustiflora oraz Hybrida), olejek geranium, olejek z drzewa herbacianego, chlorek cetylotrójmetyloaminowy (substancja powierzchniowo czynna), tokoferol (witamina E), olej słonecznikowy, benzoesan sodu, sorbinian potasu, kwas cytrynowy (konserwanty), antocyjaniny (naturalne barwniki roślinne), cytronelol, geraniol, linalol  

Tutaj również skład jest bardzo krótki i przemyślane. Odżywka ma niezłe działanie aromaterapeutyczne, ale te same olejki eteryczne równie dobrze wpływają na skórę głowy, np. poprawiając w niej krążenie. Wykorzystane oleje i alkohol cetylowy zapewniają odpowiednie dociążenie, ale nie obciążają włosów. Ot, ładnie ułożone włosy nie pozbawione energii :) Czego więcej potrzeba na co dzień? 

Jestem bardzo ciekawa pozostałych odżywek. Na tyle, że sprezentowałam mamie taki mały zestaw w wersji kokosowej. Sama chętnie podbiorę, by wypróbować. Jedno już wiem - kokosowa wersja pachnie fenomenalnie!

Znacie może Faith in Nature?

 

Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


22 lut 2014

Plan włosowej pielęgnacji na marzec

Moje włosy ostatnio stanęły w miejscu i nie chciały ruszyć. Starałam się jak mogłam, by zrobić kolejny krok do przodu, bo jeszcze sporo im brakuje do ideału, ale były bardzo uparte. Wzięłam je więc sposobem, zmieniając kompletnie swoją włosową pielęgnację tydzień temu i już teraz widzę bardzo obiecujące efekty. Postanowiłam więc ciągnąć ten schemat dalej, do końca marca, by zobaczyć dokąd mnie to zaprowadzi. Jesteście ciekawe co wymyśliłam? (:


I gdzie mi się te cudowne słoneczko podziało? :( Teraz szaro buro za oknem...

Moja pielęgnacja opiera się na tych trzech składnikach. Najpierw stosuję naftę kosmetyczną solo, na około dwie godziny przed myciem. Następnie włosy myję czarnym mydłem babuszki Agafii, nakładam tureckim balsamem o cudnym cynamonowym zapachu (który się utrzymuje, ale nie dusi) i cały mini-rytuał kończę dokładnym spłukaniem włosów chłodną wodą.
Robię to codziennie.
Odeszłam od masek, odeszłam od olei i nie zabezpieczam ich niczym - jedynie końcówki przejadę swoją olejową mieszanką do OCM, bo boję się je zostawić same sobie. A tak to wiąże włosy w koczek, warkocz lub w formie kucyka chowam pod kurtkę. I jak na razie moje włosy czują się świetnie. Chcecie zobaczyć jak bardzo? :)


Włosy są zdecydowanie bardziej miękkie, trochę szorstkości pozostało na końcówka, ale są one w znacznie lepszym stanie. Do tego są gładsze, nie puszą się, bardziej lśniące. I co najważniejsze, znacznie lepiej się falują, a już myślałam, że pożegnałam się z falami na zawsze. I pomyśleć, że takie efekty przyniósł mi zaledwie tydzień - już nie mogę się doczekać porównania pod koniec marca, mam nadzieję, że mój plan pielęgnacji nie wywinie mi w trakcie brzydkiego figla :)

A Wy jak dbacie teraz o swoje włosy?
Swoją drogą, planuję podobną rewolucję na twarzy, pełen minimalizm i naturalne składniki. Muszę to jednak jeszcze przemyśleć.
P.S. Wam też blogger odwala takie figle, że kompletnie psuje jakość zdjęć? Muszę się bawić z ImageShackiem... Da się temu jakoś zaradzić?

Pozdrawiam! Jaskółka

11 lut 2014

Arganowy szampon od Eveline, Argan+Keratin 8w1. Oraz o małym zamieszaniu w Cieszynie.

Szalony dzień. Odwołali mi zajęcia z powodu podłożonej bomby. I to nie tylko w moim liceum, a we wszystkich cieszyńskich liceach - łącznie 7 budynków. W tym dzieci z podstawówki, gdyż jedno z nich połączone jest z małą podstawówką. Z tego, co się dowiedziałam, dzieci wraz z nauczycielami (samych dzieci jest 290) ulokowano w sali gimnastycznej, która stanowiła oddzielny budynek i czekano aż rodzice odbiorą wszystkich. Żeby było ciekawiej, wczoraj to samo miało miejsce w powiecie żywieckim, tylko na większą skalę. Ewakuowano 119 placówek. A w samym Cieszynie ewakuowano Izbę Celną.

Cieszyn był zablokowany w samym centrum, dobrze, że chociaż o takiej porze, kiedy nie ma ruchu. Przyjechały 4 wozy strażackie, policja, pogotowie elektryczne, gazowe i ratunkowe, z Jastrzębia i Rybnika zostały ściągnięte jednostki z psami wykrywającymi materiały wybuchowe. Dla zainteresowanych: klik.

W wiadomościach podają, że poinformowano komisariat policji drogą mailową - więc pracują nad namierzeniem sprawcy całego zamieszania przez adres IP. W mailu było napisane, że na jutro też szykuje się praca dla policji. Co się z tym światem dzieje?

Jutro mam próbną maturę z matmy. Mam nadzieję, że mnie z niej nie wyciągną.
Ale dość już tego. Wyżyłam się, lepiej mi. A teraz zapraszam Was na recenzję.


Technologia Pro-repair 4Dgwarantuje natychmiastową poprawę wyglądu i kondycji włosów. Szampon do włosów 8 w 1 dokładnie i delikatnie myje włosy farbowane, rozjaśniane oraz zniszczone. Innowacyjna formuła bogata w zaawansowane składniki aktywne, działające w synergii z olejkiem arganowym i płynną keratyną, skutecznie chroni kolor oraz nadaje włosom blask. Intensywnie nawilża, odżywia i głęboko regeneruje włókna włosów. Natychmiast po zastosowaniu włosy stają się lśniące, miękkie w dotyku, łatwo się rozczesują i nie puszą się. Lekka formuła nie obciąża i nie zostawia żadnych osadów we włosach.
 

Działanie 8 w 1 ma na zapewnić:
- odbudowa włókna włosa,
- nawilżenie i wygładzenie,
- odżywienie i wzmocnienie,
- intensywna regeneracja,
- połysk od nasady aż po same końce włosa,
- miękkie i elastyczne włosy,
- łatwe rozczesywanie i stylizacja.
- ochrona przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.


Double Smart 4D Salon Complex bogaty w olejek arganowy i płynną keratynę naprawia uszkodzenia zarówno na powierzchni włosów, jak i w ich wnętrzu. Wzmacnia i odbudowuje strukturę włosów. Regeneruje, odżywia i głęboko nawilża.
Olejek arganowy regeneruje włosy od wewnątrz i intensywnie wygładza ich strukturę. Wzmacnia i nawilża, nadaje miękkość i elastyczność, chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.
Keratyna to podstawowy budulec włosów – odpowiada za ich kondycję i zdrowy wygląd. Keratyna w naturalny sposób odbudowuje strukturę włosów, głęboko odżywia i regeneruje. Wygładza i dodaje blasku.
Olejek łopianowy wzmacnia cebulki włosowe, koi podrażnienia i swędzenie skóry głowy. Odżywia osłabioną i uszkodzoną strukturę włosa, stymuluje porost włosów i hamuje ich wypadanie. Przywraca włosom zdrowy i piękny wygląd.
Wyciągi ze skrzypu i pokrzywy łagodzą i normalizują hydrolipidową równowagę skóry głowy, działają przeciwłupieżowo oraz wzmacniają cebulki włosów.
Proteiny jedwabiu sprzyjają intensywnej odbudowie uszkodzonych włosów, które stają się wyjątkowo miękkie i błyszczące oraz łatwo się rozczesują.
D - panthnol chroni, regeneruje i wzmacnia włosy. Odżywia skórę głowy, skutecznie wzmacniając cebulki włosowe. 


Z założenia ma to byś szampon o innowacyjnym działaniu, stworzony z myślą o włosach wysokoporowatych. Ma nam zapewnić efekt jak z salonu fryzjerskiego, oczywiście już po pierwszym użyciu.

Aqua, SLES, CAPB, Dimethiconal (silikon), TEA Dodecylbenzenesulphonate (detergent, może wysuszać), olej arganowy, Propylene Glycol (humektant, może powodować podrażnienia położony na skórę chorobowo zmienioną), Cocamide DEA (pochodna CAPB), wyciąg z korzenia łopianu, kreatyna hydrolizowana, Sodium Chloride (NaCl - sól kuchenna...), Panthenol, PEG-75 Lanolin (emolient, tworzy warstwę na włosach, zapobiega odparowywaniu wody), Ethylhexyl Methoxycinnamate (filtr UV), wyciąg ze skrzypu polnego, wyciąg z liści pokrzywy, jedwab hydrolizowany, Butylene Glycol (humektant), wyciąg z wąkrotki indyjskiej, kwas cytrynowy, perfum, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone (konserwanty)

Co do składu mam mieszane uczucia. Użyli silnych detergentów, w tym TEA Dodecyl... który może wysuszać nasze włosy. Nie podoba mi się Propylene Glycol, szczególnie, że moja główka ma skłonności do podrażnień. I sól kuchenna? Jej obecności zupełnie nie rozumiem. Doczytałam się, że może eliminować nieprzyjemny zapach i zwiększać lepkość produktu, ale do tego chyba są lepsze produkty?
Silikon jest bardzo wysoko w składzie, co na słabych i cienkich włosach może prowadzić do obciążania włosów - pamiętacie, że szampon jest do włosów wysokoporowatych? Jest jednak też sporo dobroci, które faktyczni mogą wygładzić włosy, porządnie odżywić i nadać połysk. 
Mam też małe zastrzeżenia co do wykorzystania Lanoliny w formie PEGu. Zdaję sobie sprawę, że jest przez to tańsza, no ale...



Opakowanie jest bardzo stylowe, może kojarzyć się z luksusowymi kosmetykami. Czarna tuba z połyskującym złotkiem daje fajny efekt. Wieczko łatwo się otwiera, nawet mokrymi rękoma.  Jednak jest to straszne maleństwo - zaledwie 150ml, za które musimy zapłacić od 13 do 18 zł. Dość drogo, szczególnie że produkt jest mało wydajny. A na tą wydajność ma wpływ śmieszna, galaretowata konsystencja. Konsystencja utrudnia aplikacje małej ilości produktu, bo tuba wsysa go z powrotem - trzeba się z nim trochę namęczyć, by później nie zaginąć gdzieś w pianie. Po przyłożeniu palca do galaretki poczujemy silny opór, można produkt "popukać" palcem, naprawdę bardzo śmieszny efekt.

Pachnie detergentami, więc cała otoczka ekskluzywności, jaką funduje nam szata graficzna i standardowy mleczno-perłowy kolor szamponu. Zapach na szczęście nie utrzymuje się na włosach. Pieni się bardzo mocno, co w połączeniu z trudnością zaaplikowania małej ilości daje zabójczy efekt. Piana wszędzie. Lubię pianę, ale nad nią powoli ciężko zapanować :)


Patrzcie jaka napięta ta galaretka!

Sama przetestowałam szampon 2 razy - potem wystąpiła alergia na cocamidopropyl betaine i nabrałam pewności, że to właśnie CAPB jest złem wcielonym. Nie zauważyłam zbawiennego działania po szamponie, włosy trochę się plątały, chociaż nie były szorstkie, więc za drugim razem już użyłam po nim maski - a to samo w sobie zaburza obserwacje. Po wystąpieniu alergii szampon trafił się mamie, która ma typowe wysokoporowate włosy, katowane przez lata rozjaśnianiem. Faktycznie, na jej włosach szampon radził sobie lepiej, włosy były miękkie, bardziej lśniące, choć wcale się lepiej nie układały, plątały się tak jak u mnie. Po czasie mama zauważyła, że zaczęły się szybciej przetłuszczać - moja mama myje włosy codziennie rano, gdyż zawsze budzi się z bardzo niewyjściową fryzurą, po dłuższym stosowaniu tego szamponu w połowie dnia jej włosy wyglądały nieciekawie. Dlatego ja zupełnie nie umiem zrozumieć sensu pakowania silikonów do szamponu - jak mamy oczyścić włosy z napakowanych silikonów, skoro w samym szamponie je znajdziemy? Włosy mamy, cienkie, były obciążone i chociaż wyglądały lepiej w sensie kondycyjnym, musiała spędzić więcej czasu by wyglądały wyjściowo - by nie były przyklapnięte.

Niektórzy twierdzą, że szampon daje lepsze efekty w połączeniu z maską z tej samej serii. Ja i moja mama nie widzimy sensu w dokładaniu sobie kolejnej warstwy silikonów i emolientów.
Podsumowując, szampon może być przydatny włosom wysokoporowatym, jednak jako kuracja raz czy dwa w tygodniu - a w międzyczasie szampon, który pozwoli porządnie oczyścić włosy z oblepiających środków.

Próbowałyście tego szamponu lub maski z tej serii?
P.S. Patrzcie, co znalazłam na FB, na stronie "Bombowy Cieszyn":

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1379589385643506&set=a.1379596112309500.1073741828.1379431165659328&type=1&relevant_count=1

Cóż, nie pozostało mi nic innego, jak tylko się uśmiechnąć :)

Pozdrawiam! Jaskółka

14 sty 2014

Eubiona - szampon rewitalizujący do włosów tłustych

Mam ostatnio wrażenie, że czas ucieka mi przez palce. Jeszcze nie dawno miałam go tak dużo, a teraz muszę się sprężyć i dać z siebie wszystko, by w maju nie powiedzieć, że wzięłam się za siebie za późno... Odliczam dni do ferii, by móc sobie czas zorganizować. By ciągle mieć czas dla Was :)

Dzisiaj chcę Wam przedstawić wybawiciela mojej główki, szampon bardzo delikatny, ale i skuteczny. Przyznam, że kupiłam go tylko i wyłącznie dla delikatnego oczyszczania, bo moja główka się zbuntowała i chce być w końcu traktowana jak laleczka. Jego działanie mile mnie zaskoczyło.


Rewitalizująca i oczyszczająca pokrzywa oraz wzmacniający wyciąg z granatu delikatnie mują i normalizują produkcję sebum. Ekstrakty te działają odświeżająco i relaksująco na skórę głowy, która odzyskuje naturalną równowagę.
Delikatna, łagodnie oczyszczająca formuła odpowiednia nawet dla wrażliwej skóry.
Produkty Eubiona nie zawierają sztucznych konserwantów, barwników ani zapachów, silikonów, PEG ani pochodnych przemysłu petrochemicznego.
Podlegają regularnym kontrolom i certyfikacji przez ECOCERT i otrzymał certyfikat dla kosmetyków naturalnych i organicznych w zgodzie ze standardami tej organizacji.
Kosmetyk posiada certyfikat ECOCERT., certyfikat neutralizowania emisji CO2. Składniki nie były testowane na zwierzętach.

100% składników jest pochodzenia naturalnego
10,2% składników pochodzi z rolnictwa ekologicznego (ekstrakty)

water hydroalcoholic of nettle*, lauryl glucoside (sulfaktant, biodegradowalna, łagodna dla skóry), nettle extract*, pomegranate extract*, gentle tenside (delikatny sulfaktant), coco-glucoside (sulfaktant, pochodna kwasów tłuszczowych oleju kokosowego, łagodna dla skóry), plant glycerin (gliceryna roślinna), ethyl alcohol, natural humectant (sodium PCA) (składnik naturalnego czynnika nawilżającego skóry, pochłania wodę z powietrza), sea salt, natural humectant sodium lactate (substancja stosowana w balsamach do skory suchej), milk acid, mix of esstential oils, limonene (imituje zapach, potencjalny alergen, musi być uwzględniony w składzie produktu spłukiwanego, gdy przekracza 0,01%), linalool (imituje zapach, potencjalny alergen, musi być uwzględniony w składzie produktu spłukiwanego, gdy przekracza 0,01%), citronellol (imituje zapach, potencjalny alergen, musi być uwzględniony w składzie produktu spłukiwanego, gdy przekracza 0,01%)

*składniki rolnictwa ekologicznego
 
Skład jest bardzo ładny, detergenty są łagodne, nie znajdują się wszystkie zaraz na początku składu. Ekstrakty mamy wysoko, znajdują się też składniki nawilżające. Obecna jest również w niewielkiej ilości sól morska, która reguluje wydzielanie sebum.
Do tego ekstrakty pochodzą z rolnictwa ekologicznego!
Nie podoba mi się jedynie obecność alkoholu, jednak moja główka z jego powodu nie ucierpiała, więc przymknę na niego oko. Na końcówkę również mogę przymknąć oko, gdyż występuje w naprawdę wielu produktach, które stosuję na co dzień.
Nie widzę konserwantów... czyżby po prostu alkohol?
Swoją drogą podoba mi się to, w jaki sposób skład został napisany. Dla prostego człowieka, który czytając INCI nagle wie z czym ma do czynienia. Takie zwroty jak "natural humectant" czy po prostu "milk acid" zamiast "lactic" bardzo mi się podobają. Wszystkie składy powinny być tak pisane.


Opakowanie z początku było schludne. Etykieta, tak ładnie zaprojektowana, zaczyna się powoli zdzierać od codziennego użytku. Plastik, z którego wykonana jest butelka, jest strasznie miękki i czasem może być problem z dociśnięciem otworu, gdyż pod naporem ugina się sama butelka, a "klik" nie rusza. Już teraz nauczyłam się z tym obchodzić, ale z początku był to dla mnie problem.
Samo zamknięcie na "klik" jest bardzo wygodne, ułatwia dawkowanie produktu. Jednak szyjka zamknięcia, z powodu galaretowatej konsystencji trochę się klei, więc trzeba ją czyścić, by się samemu nie przykleić :)

Konsystencja, jak już wspomniałam, jest galaretowana, jednak produkt ładnie rozprowadza się na włosach. Pachnie delikatnie, na włosach zapachu nie czuć. Nie ma problemu z wytworzeniem piany, nie potrzeba dużo produktu, by umyć włosy mojej długości. Włosy po szamponie nie są splątane, ładnie się układają, nawet bez użycia odżywki - więc bez problemu nadaje się na wyjazd, gdzie nie bierzemy zbyt dużo kosmetyków ze sobą.


Jeśli chodzi o działanie długoterminowe, zauważyłam, że moje włosy dużo wolniej się przetłuszczają. Jeszcze niedawno myłam włosy codziennie, ostatnio zdarza mi się myć je co dwa dni - choć wszystko zależy od dnia :) Jestem bardzo zadowolona z tego powodu, żaden produkt jeszcze nie dokonał na moich włosach takiej małej rewolucji.

Szampon możecie kupić na stronie Monoi Tiara za 24 zł. I tutaj się trochę zdziwiłam, jak zajrzałam na stronę, gdyż w sklepie stacjonarnym Monoi Tiara zapłaciłam 35 zł za ten szampon. 11 zł piechotą nie chodzi... Następnym razem najwyraźniej będę musiała zrobić zakupy w internecie...

Znacie szampony Eubiony?
P.S. To moja 100 notka dla Was! Kiedy to tak zleciało?

Pozdrawiam! Jaskółka

27 gru 2013

Grudzień - moja obecna pielęgnacja włosów

Bardzo rzadko zdarzają się u mnie włosowe posty, co ma również swoje plusy. Porównanie zdjęć z sierpnia i grudnia znacznie bardziej mnie motywuje, niż porównanie zdjęć z sąsiednich miesięcy :) Mam też również więcej czasu, by poobserwować włosy i coś konstruktywnego na ich temat napisać.

Po pierwsze muszę zaznaczyć, że przestałam walczyć z lokami. Jak są, to jest mi bardzo miło, jak nie ma, potrafię z tym żyć. Jestem zbyt dużym śpiochem, by specjalnie przygotowywać włosy na dzień, choć efekty z żelem z siemienia lnianego był bardzo obiecujące. Tak więc włosy żyją sobie swoim własnym życiem, a ja też znacznie częściej je związuję, co summa summarum wychodzi im na dobre. Jak mam ochotę, wgniatam w nie balsam do loków z Nivei, ale w większości przypadków o nim zapominam...

Ostatnio zrobiły mi miłą niespodziankę, fundując mi dzień w loczkach! Zafundowałam im w zamian 4-godzinną maseczkę z olejem kokosowym i miodkiem pod czepkiem :)

Nie mam czasu (albo raczej chęci do wstawania!) by myć rano włosy, dlatego myję je wieczorem. Przez pewien okres czasu starałam się wiązać włosy w warkocz na noc, jednak na dłuższą metę niezbyt dobrze się u mnie to sprawdzało. Wciąż mam zbyt mało włosów - mam włosy grube po hennie, co daje efekt jakby było ich sporo, ale tak naprawdę są rzadkie i ciągle z tym walczę) - i nie podobało mi się to jak włosy się układają przez ten warkocz. Tym bardziej, że mam przyjaciółkę z blond włosami po pas o tak cudownej grubości (Kinuuu pozdrawiam :*)... Z którą siedzę w ławce i codziennie muszę jej włosy podziwiać. U niej warkocz potrafi zdziałać cuda :) Także śpię z wilgotnymi włosami na normalnej poduszce i powiem szczerze, że nie zauważyłam różnicy pomiędzy spaniu w warkoczu a bez - tym bardziej, że od jakiegoś czasu zabezpieczam włosy "jedwabiem" od BioSilk.

Moja skóra głowy znów zaczęła dawać o sobie znać, zafundowałam więc sobie szampon rewitalizujący z Eubiony, za który zapłaciłam 35zł w cieszyńskim sklepie Monoi Tiara. Przyznam, że sklep bardzo mnie zainteresował, a sprzedawczyni jest bardzo sympatyczna, więc pewnie niejeden raz go jeszcze odwiedzę (tym bardziej, że henna Khadi jest tam dostępna stacjonarnie :). Wracając do szamponu, sprawuje się bardzo dobrze, głowa dała mi wreszcie spokój i choć walczę jeszcze z łupieżem, swędzenie ustało i jestem bardzo szczęśliwa. Moje włosy też dłużej są świeże, wytrzymują nawet 3 dni bez mycia przy "dobrym wietrze", jednak są oklapnięte i muszę je związywać.
Nie oznacza to, że odstawiłam szampon z Planety Organici! Zdarza mi się stosować odrobinę szamponu z Eubiony na skórę głowy i jedną pompkę szamponu tybetańskiego na długość - jestem gotowa na takie poświęcenia dla tego zapachu :)

Staram się olejować włosy częściej niż zwykle, od jakiegoś czasu robię to 2-3 razy w tygodniu - zmotywowana z początku nadchodzącym terminem ważności mojego oleju kokosowego, później już efektami :) Zaczęłam łączyć olej z miodem, nakładane na ciepło, co daje efekt bardziej miękkich włosów.
Zaczęłam również wcierkowanie, zakupiłam Jantar, wcieram już prawie trzy tygodnie i czekam powoli na efekty. Coś mi się w moim kąciku zaczyna dziać, więc jestem pełna nadziei :)
Włosy wypadają, jak wypadały, wypadanie wzmogło się gdzieś w okolicach października, gdy nadeszła brzydka jesień. Teraz już się unormowało, więc nie narzekam.

Co zauważyłam po półrocznej świadomej pielęgnacji włosów? Najważniejszym dokonaniem jest odkrycie mojej alergii na cocamidopropyl betaine (możecie o tym poczytać tutaj). Pogodziłam się z moimi lokami i z silikonami, i zaczynam powoli, szczególnie teraz na okres zimowy, wprowadzać je z powrotem do mojej pielęgnacji, jednak świadomie.
Częściej zdarzy mi się sięgnąć po suszarkę, której kiedyś omijałam jak ognia, jednak włosy nie niszczą mi się już jak kiedyś. Szampon z SLS (Syoss) stosuję raz w tygodniu, by dokładnie oczyścić włosy, czasem sięgam również po peeling kawowy, o którym przeczytałam u Herrbaty, by oczyścić równie dobrze skórę głowy i pobudzić ją do "działania" :)
3 razy w tygodniu stosuję maski od ucha w dół w trosce o moje ciągle trochę suche końcówki, stosując na zmianę maskę regenerującą z Biowaxa, którą wygrałam w rozdaniu, maskę Latte Kallosa, którą przywiozłam z wymiany w Rybniku oraz wykorzystuję resztki cudownej maski ajurwedyjskiej Planty Organici.Maski jednak stosuję przed myciem włosów, ponieważ moje włosy łatwo się obciążają. Czasem zamiast maski stosuję olej, czasem wymieszam olej z maską. Stosuję maskę po umyciu jedynie jeśli mam jakieś ważne wyjście i chce mieć włosy "ułożone" :)
Po umyciu zawsze stosuję balsam tybetański z Planety Organici (chyba, że mam kaprys na maskę, co jest oczywiste :P), który bardzo dobrze mi służy i jego recenzja na dniach się pojawi. Na wilgotne włosy stosuję mgiełkę przeciw wypadaniu włosów z Green Pharmacy, która znacznie lepiej służy mi na długości, gdyż pięknie zmiękcza włosy i wzmacnia ich blask. Na wypadanie włosów nie zauważyłam większego wpływu. O niej również niedługo pojawi się recenzja.

Więc jak wygląda mój grudniowy zestaw do włosów?


Od lewej:
  • Odżywka Jantar ok. 7-11zł
  • Szampon rewitalizujący Eubiona ok. 35zł
  • Szampon tybetański "Siła i Objętość" Planeta Organica ok. 20zł
  • Balsam tybetański "Siła i Objętość" Planeta Organica ok. 20zł
  • Olej kokosowy ok. 17zł
  • "Jedwab" Biosilk ok. 3zł (Biedronka!)
  • Maska Ajurwedyjska Planeta Organica ok. 32zł
  • Maska "Latte" Kallos ok. 11zł za litr (tę upolowałam na wymianie na spotkaniu:))
  • Maska regenerująca Biovax "Latte" ok. 18zł (wygrana w rozdaniu)
Przypominam, że na wszystkie kosmetyki rosyjskie mam dla Was 30% zniżkę na Skarbach Syberii :)

I jak się mają moje włosy po takich kuracjach? :)

Włosy się trochę puszą, a loki się wyprostowały, bo musiałam je dziś suszyć suszarką. Udało mi się jednak uwiecznić ich blask, z czego jestem bardzo zadowolona :) Taki czerwony kolor udało mi się uzyskać zmieniając rodzaj henny - ponownie dzięki radzie Pani z Monoi Tiara (i chyba to jest główny powód, dlatego się nią tak bardzo zachwycam :P). W sklepie nie było henny z almą i jatrophą, jednak Pani wytłumaczyła mi, że ta wersja jest przeznaczona raczej do brunetek, które chcą zostać rudzielcami, dlatego efekt wychodzi taki rudy pomimo moich starań. Poradziła mi wypróbować czystej henny, a ja chwyciłam byka za rogi i cieszę się wyrazistą czerwienią.

Skoro jesteśmy przy hennowaniu, pół roku moich przygód z henną minęło już dawno. Zauważyłam silniejsze włosy i dłużej utrzymujący się wyrazisty kolor, z czego się bardzo cieszę. Mogę naskrobać parę słów o hennie w następnej notce, jeśli jesteście chętne (chyba, że macie już dość tego tematu :)).

Dla porównania przesyłam zdjęcie z ostatniej aktualizacji włosowej:


Niestety światło jest inne, ale myślę, że widać różnicę. Szczególnie w długości :):):):)

A jak się ma Wasza zimowa pielęgnacja włosów?

Pozdrawiam! Jaskółka

8 gru 2013

Alergia na cocamidopropyl betaine

Cześć kochani! Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o składniku, który występuje w bardzo wielu kosmetykach do włosów, w głównej mierze szamponach, i który swego czasu przysporzył mi sporo problemów ze skórą głowy. Mowa o betainie kokamidopropylowej, którą w INCI spotkacie jako


 cocamidopropyl betaine


Betaina kokamidopropylowa rozpowszechniła się w szamponach po nagonce na SLS i SLeS - powstało wtedy mnóstwo szamponów wyłącznie z nią jako środkiem myjącym w składzie, często podpisywanymi jako hipoalergiczne, delikatne, dla dzieci. Betaina kokamidopropylowa jest pozyskiwana z naturalnych surowców - oleju kokosowego i betainy. Idealny przykład, że nie wszystko to, co z natury jest najlepsze - a wręcz przeciwnie, natura częściej może uczulać.


Wiecie, od zawsze miałam łupież, zupełnie jak mój tato. Na naszej półce łazienkowej zawsze stał Head&Shoulders, który raz działał lepiej, raz gorzej, ale generalnie problem był jako tako ujarzmiony. Gdy zainteresowałam się kosmetykami na własną rękę i zaczęłam sięgać po te bardziej naturalne, najczęściej zza wschodniej granicy, problem raz znikał, raz pojawiał się ze zdwojoną siłą. Nie potrafiłam odkryć źródła problemu, z łupieżem walczyłam najczęściej Nizoralem lub podbieranym tacie już wyżej wspomnianym szamponem. Dopiero gdy zaczęłam bliżej analizować składy, zauważyłam powtarzalny się składnik - betaina kokamidopropylowa, często w takich naturalnych, delikatnych dla skóry głowy szampon pojawiająca się w dużym stężeniu, jako jedyny detergent.

Przeszukałam kawał literatury, by poszukać o nim informacji. Opisywany jest jako składnik łagodny dla skóry i błon śluzowych, łagodzący działanie anionowych substancji powierzchniowo czynnych (w tym SLS, SLeS, temu często te składniki występują w parze), jako składnik występujący solo jest nieszkodliwy, w połączeniu z SLS, SLeS może powodować przesuszenie skóry, łupież, alergiczne zapalenie skóry

Z drugiej strony, kopiąc głębiej, bardziej zawzięcie, bo problem dotyczył mnie bezpośrednio, dotarłam do informacji, która w zupełności mi wystarczyła. American Contact Dermatitis Society w 2004 roku uznało cocamidopropyl betaine za alergen roku. Zaznaczyli, że reakcja alergiczna nie musi być wywołana faktycznie alergią na ten składnik, co raczej przez jej inwazyjne właściwości (dlatego osoby o wrażliwej skórze głowy powinny szczególnie uważać na ten składnik). Co teoretycznie oznacza, że w mniejszym stężeniu, przy zastosowaniu składników łagodzących jej działanie, może nie powodować alergicznych objawów. Sprawdza się to u mnie, bo nie każdy szampon zawierający betainę kokamidopropylową mnie uczula. Musze jedynak uważać, by cocamidopropyl betaine nie znajdował się zbyt wysoko w składzie, a już na pewno nie może być jedynym surfaktantem zastosowanym w produkcie.



Padłam ofiarą trendów i bezsensownej nagonki na składniki, które w gruncie rzeczy wcale nie są takie diaboliczne, jak je przedstawiają. Nigdy nie miałam problemu z szamponem zawierającym sam SLS czy SLeS. Cocamidopropyl betaine, zawarta m.in. w dziecięcym szamponie Babydream - swego czasu hit blogosfery!, czy hipoalergicznym szamponie Tołpy z serii Botanic - Gardenia Tahitańska, zrobiła mi spustoszenie na głowie. Długo lizałam rany.

Co ciekawe, betaina kokamidopropylowa nie wpływa w żaden sposób na całą resztę powierzchni mojej skóry. Tylko skóra głowy. Może z powodu mieszków włosowych? Mogę jedynie zgadywać, ale moja skóra głowy ewidentnie jest bardziej wrażliwa od reszty ciała.

Kochani, dzisiejsza notatka ma być przestrogą. Nie kolejną demoniczną nagonką przeciwko nowemu składnikowi - z moją alergiczną reakcją jestem raczej w mniejszości. Chcę Was tylko przekonać do obserwacji swojego ciała, bardziej świadomego podejścia do jego potrzeb i marudzenia. Odkrycie tego, który składnik nas uczula jest niekiedy bardzo trudne i mam nadzieję, że ta notatka skróci tę drogę tym, którzy borykają się - może jeszcze nie do końca świadomie - z tym samym problemem, niezidentyfikowanym łupieżem.

O szkodliwości cocamidopropyl betaine pisała również Pepa i Kasiorra.


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


1 lis 2013

Szampon tybetański "Siła i Objętość" - Planeta Organica

O mojej miłości do szamponów Planety Organici wie zapewne każda z Was. Relacjonowałam Wam już swoje pierwsze spotkanie z tymi szamponami, był to romans pełen zmysłowości i cynamonowej namiętności :) Klik! Obecne zauroczenie jest delikatniejsze, znacznie bardziej tajemnicze zapachem...

Jakość zdjęć będzie gorsza, bo wykończyłam wszystkie możliwe baterie w domu... Ech, marzy mi się nowy aparat...

Opis producenta: Szampon dzięki zawartości witamin A, C, E, minerałów i wielonasyconych kwasów tłuszczowych wzbogaca skórę głowy odżywczymi substancjami, wzmacnia cebulki włosowe, pobudza wzrost zdrowych i silnych włosów. Olej z drzewa sandałowego wpływa stymulująco na cebulki włosowe, poprawia ich metabolizm. Aktywne składniki ziół tybetańskich odnawiają białkową strukturę, w wyniku czego podwyższa się aktywność mieszków włosowych co przyspiesza wzrost włosów. Szampon zapewnia głębokie odżywienie i nawilżenie zarówno włosom jak i skórze głowy. Nie zawiera SLS, PEG ani parabenów.

Organiczny Olej z Drzewa Sandałowego (Organic Pterocarpus Santalinus Wood Oil)reguluje wydzielanie sebum, posiada właściwości ściągające i antyseptyczne. Zawarte w nim min. seskwiterpeny, borneol i kurkumeny decydują o jego właściwościach przeciwzapalnych i przeciwbakteryjnych. Pomocny w walce z łupieżem, wzmacnia i stymuluje wzrost włosów.
 Ekstrakt z Orzecha Mydlanego (Sapindus Mukurossi Fruit Extract)- zawiera witaminy A, B, E, minerały i wielonasycone kwasy tłuszczowe, zawiera również saponinę, która jest naturalnym detergentem o właściwościach myjących, odtłuszczających i oczyszczających. Orzechy nadają włosom połysk, miękkość oraz likwidują łupież i podrażnienia, hamują wypadanie włosów, wzmacniają cebulki włosowe, pobudzając tym samym wzrost zdrowych i mocnych włosów, regulują pracę gruczołów łojowych.
 Wyciąg z Szarotki Alpejskiej (Leontopodium Alpinum Flower/Extract)- posiada właściwości przeciwutleniające, jej aktywne składniki głęboko penetrują skórę głowy dostarczając jej wartościowych substancji, działa przeciwbakteryjnie i antyseptycznie. Chroni przed wolnymi rodnikami wytworzonymi przez promieniowanie UV, dym oraz zanieczyszczenie środowiska. Poprawia wygląd włosów i zmiękcza je.
Organiczny ekstrakt z Nieśmiertelnika ( Organic Helichrysum Arenarium Extract)- ma działanie antybakteryjne, antyseptyczne, regeneruje włosy i nawilża. Zawiera witaminy C i K, goryczki, garbniki i karoten.
 Ekstrakt z Piołunu (Artemisia Vulgaris Extract)- dzięki zawartości olejków lotnych posiada działanie przeciwzapalne, łagodzące, antyalergiczne, regenerujące i pielęgnacyjne. Pomocny w walce z łupieżem.
Organiczny ekstrakt z Żeń-Szenia (Organic Panax Ginseng Root Extract )- wzmacnia włosy, pomaga zapobiegać ich łamaniu się i rozdwajaniu końcówek
 Ekstrakt z Goździku (Eugenia Caryophyllus (Clove) Seed Extract )- pobudza krążenie dzięki czemu stymuluje wzrost włosów, posiada właściwości przeciwbakteryjne, antyseptyczne, jest silnym antyoksydantem. Odświeża włosy i skórę głowy.
Ekstrakt z Szafranu (Crocus Sativus Flower Extract )- doskonale pielęgnuje włosy, regeneruje uszkodzone, odżywia je, przywraca włosom sprężystość i witalność, chroni przed szkodliwym promieniowaniem UV.
 Ekstrakt z Kurkumy (Curcuma Longa Root Extract )- posiada działanie przeciwzapalne, antybakteryjne i antyoksydacyjne, zapobiega uszkodzeniom wywołanym przez słońce. Pomocna w walce z łupieżem, pobudza krążenie krwi stymulując w ten sposób wzrost włosów i hamując ich wypadanie.
Ekstrakt z Nawłoci (Solidago Virgaurea (Goldenrod) Extract )- łagodzi świąd, przyspiesza gojenie ran

Skład: Aqua with infusions of Organic Pterocarpus Santalinus Wood Oil Sapindus Mukurossi Fruit Extract, Leontopodium Alpinum Flower/Leaf Extract (szarotka alpejska), Organic Helichrysum Arenarium Extract, Artemisia Vulgaris Extract (bylica pospolita), Organic Panax Ginseng roqt Extract (żeń-szeń), Eugenia Caryophyllus (Clove) Seed Extract (goździk), Crocus Sativus Flower Extract (szafran), Curcuma Longa roqt Extract (kurkuma), Solidago Virgaurea (Goldenrod) Extract (nawłoć pospolita), Thermopsis Alpine Extract (łubinnik górski); Magnesium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Decyl Glucoside, Glycol Distearate, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Sodium Chloride, Parfum, Citric Acid.

Cena: 19,90zł/280ml - z moją zniżką 12,90zł :) 



Wszystkie szampony Planety Organici wyglądają przecudnie. Brązowe opakowanie ze złotym akcentem logo i tematycznym obrazkiem, w zależności jaki szampon wybierzemy. Ten jest bardzo kwiecisty i pomimo tego, że jest delikatny, świetnie wybija się na tle innych kosmetyków. Opakowanie jest zaopatrzone w pompkę, która pozwala na dozowanie produktu (w szamponie tureckim pompka mi nie działała, tutaj już jak najbardziej :)). Mam włosy za łopatki, 37 cm i zużywałam 2 "pompki" na skalp i jedną na resztę włosów.

Konsystencja jest lejąca, ale nie przelewa się między palce. Ma piękny, głęboki, szmaragdowy kolor, w którym kryją się błyszczące drobinki. Drobinki nadają delikatny blask włosom. Zapach jest niesamowity, świeży, kojarzy mi się z niebieską, syberyjską trawą(fani gry Syberii 2 będą wiedzieć o czym mówię! :)), wolnością, brakiem ograniczeń... Niesamowite, jak bardzo ten zapach potrafi mnie ponieść;p Niemniej jednak pod tym względem bliższy memu sercu jest cynamonowy zapach szamponu tureckiego. 

Pieni się całkiem dobrze, nawet lepiej niż wersja turecka, nie ma problemu z rozprowadzeniem piany na włosach. Jednak nie do końca myje włosy z olejów - szczególnie gdy korzystam z rycynowego, wtedy sięgam po SLS-owego Syossa bez silikonów (olejuję włosy średnio raz/dwa razy w tygodniu).

Zapach nie utrzymuje się na włosach, niestety. Na szczęście mam jeszcze balsam tybetański, o którym coś za niedługo Wam powiem i on sprawia, że nasze włosy w delikatny sposób pachną tym cudnym zapachem wolności...


Moja rączka pachnie teraz cudownie!

Szampon na pewno nadał moim włosom siły, choć nie przyspieszył ich wzrostu, tak jak tego dokonał szampon turecki. Nie plącze włosów, a gdy się spieszę nie muszę nawet nakładać odżywki, sam w sobie dobrze sobie z włosami radzi. Włosy nie są napuszone, są przyjemne w dotyku (dla porównania, gdy nie użyję odżywki po Syossie mam włosy szorstkie) i mięsiste. Moja skóra głowy również się uspokoiła, choć ciągle jeszcze mam łupież - zaczęłam walkę Nizoralem, więc na razie mam spokój :) Warto zaznaczyć, że myję włosy codziennie, więc potrzebuję delikatnego szamponu.

 Szampon nie dałam moim włosów większej objętości, ani też nie zadbał porządnie o końcówki - dlatego czeka mnie wizyta u fryzjera :( Nie wpłynął również na szybkość przetłuszczania się włosów, dalej muszę myć główkę codziennie.

Szampon ma w składzie uczulający mnie Cocamidopropyl Betaine, jednak jest on tak daleko w składzie - i co warto zauważyć daleko za mnóstwem olejów i ekstraktów - że nie sprawia mi on żadnego kłopotu. 

Ciężko jest mi określić wydajność produktu, bo jej zwyczajnie nie widać - jedyny minus pięknego opakowania. Na pewno używam go więcej niż takiego Syossa, by umyć włosy, ale myślę, że nie ma tu co porównywać. Określę Wam wydajność bliżej, gdy wykończę szampon :)

Czy kupię ponownie? Szampon lubi się zarówno z moimi włosami i skalpem, jednak nie jest to tak porywająca miłość, jak w przypadku szamponu tureckiego. Na pewno kupię jeszcze szampon Planety Organici, ale najprawdopodobniej wybiorę inny rodzaj. Ale zapachu będzie mi brakować...


Miałyście coś Planety Organici? Też romansujecie z ich produktami? :)
Pozdrawiam! I.

P.S. Przypominam o konkursie! :)

http://jaskolcze-ziele.blogspot.com/2013/10/konkurs-z-magiczna-siodemka.html

Disqus for Jaskółcze Ziele