Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabelle Minerals. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabelle Minerals. Pokaż wszystkie posty

5 lis 2016

Różane policzki z Rose i Nude | Annabelle Minerals

Cześć kochani! Mam dla Was nowinkę! Moja mała rodzinka poszerzyła się o jednego szkraba! O króliczkę, bardzo mądrą i pełną wdzięku. Jeszcze nie jestem w stanie Wam jej pokazać, bo mała siedzi w klatce, a jest tak ruchliwa, że ciężko ją złapać w kadrze, nie wspominając o ostrości... Ale przygotujcie się na ogromną dozę słodyczy w najbliższych dniach, gdy wypuścimy ją z klatki!

Imię dla małej jest w trakcie ustalania. Pierwotnie miała być Płotka - ślę uśmiech dla fanów wiedźmina :) - ale mała ma tyle wdzięku, które skutecznie wspiera nietypowe popielate futerko (jak aksamit!), z białym kołnierzykiem, brzuszkiem i rękawkami... oraz charakter! Skłaniamy się coraz bardziej w stronę Yen - ciągle w tematyce wiedźmińskiej  :)

W dzisiejszej notatce - pisaną z poziomu podłogi, blisko klatki, by móc obserwować małą rozrabiaczkę! - poopowiadam Wam o różach mineralnych, które stosuję od dłuższego czasu. Oba są w pięknym kolorze różu, ale dają na skórze delikatnie inny efekt. Pasują niemal do każdego makijażu, dodają skórze pięknych wibracji, kilka więcej godzin snu i piękny dziewczęcy blask. Przed Wami Nude i Rose z Annabelle Minerals.

Recenzja róży Annabelle Minerals Rose i Nude, makijaż mineralny Annabelle Minerals

Oba róże powstały ze zmieszania 5 minerałów: miki, tlenku tytanu, tlenku krzemu i tlenków żelaza (II) i (III) w różnych proporcjach w 4g pudełeczku wykonanego z solidnego plastiku. Posiadają przekręcane zabezpieczanie przed wysypaniem, które mogłoby przesuwać się łatwiej. Napis w starszym braciszku, Nude, starł mi się zupełnie, nowszy Rose wydaje się być solidniejszy i jak do tej pory się nie przetarł.

Uwielbiam minerały za to, że podczas ich noszenia pielęgnują naszą cerę - szczególnie moja, problematyczna i tłusta bardzo się cieszy z obecności tlenku tytanu i krzemu. Tlenek tytanu zapewnia ochronę przeciwsłoneczną na poziomie SPF 15.

Chociaż mamy do czynienia z sypkimi produktami, są one bardzo kremowe, dzięki czemu dają bardzo ładny efekt na skórze i łatwo się aplikują. Są bardzo dobrze napigmentowane, więc pierwsze spotkanie może przysporzyć trochę trudności, ale dobry pędzel z pewną ręką pozwala na stopniowanie efektu.

Recenzja róży mineralnych Annabelle Minerals Rose i Nude, kremowa konsystencja róży mineralnych

Nude wydaje się być kolorem, który pasuje do każdego. Jest to piękny brudny róż, który świetnie modeluje policzki, a jego niezobowiązujący kolor dający świetne tło zarówno przy dziennym, jak i mocniejszym wieczorowym makijażu. U mnie sprawdza się rewelacyjnie przy opaleniźnie, stapia się wtedy idealnie z moim naturalnym rumieńcem.

Rose to piękny różany kolor, ciepły i niezwykle dziewczęcy, delikatny. Chociaż producent poleca go przy bladziochach, u mnie swoje oblicze pokazał ponownie na skórze opalonej. Nadaje niezwykłej świeżości skórze, świetnie sprawdza się na randkach :)

Oba róże są matowe, ale nie jest to płaski mat. Dodatek miki daje im delikatne satynowe wykończenie, dzięki czemu nie podkreślają niedoskonałości skóry i jednocześnie wyglądają bardzo naturalnie, a skóra promienieje.

Swatche róży mineralnych Annabelle Minerals Nude i Rose

Chociaż z reguły sięgam po brzoskwiniowe i ciepłe tony na policzkach, te różane propozycje od Annabelle Minerals mnie zachwyciły. Naprawdę uniwersalne kolory, wyglądające dobrze na każdej cerze - przypominam, że mam cerę oliwkową i do bladziochów nie należę - dzięki ich delikatności i możliwości stopniowania koloru. 

Długo nie potrafiłam przekonać się do róży, z powodu niedoskonałości i nierówności skóry. Nude nauczył mnie, że można wyglądać w różu dobrze pomimo zaczerwienień i wyprysków. Zdecydowanie jest on moim ulubionym różem, po który sięgam gdy nie mam pomysłu na kolor na policzkach - zawsze daje bardzo dobry efekt.

4g słoiczek różu Annabelle Minerals kosztuje 39,90zł. Występują w 6 odcieniach.

Znacie róże Annabelle Minerals? Który jest Waszym ulubionym?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


9 lip 2015

Wakacyjna kolorówka

Ostatnim razem pokazałam Wam, jak wyglądała moja wakacyjna kosmetyczka pod kątem pielęgnacji. Dzisiaj chciałabym razem z Wami zrobić przeszpiegi w mojej kolorówce, która pojechała razem ze mną do Chorwacji. Co prawda, nie było to nic odkrywczego, zabrałam ze sobą te kosmetyki, które stosuję na co dzień, by makijaż był szybki i przyjemny, a mimo wszystko przyjemny dla oka :)


Makijaż był skromny, za to wszystkie zabrane przeze mnie rzeczy używałam przez cały wyjazd.
Przed przystąpieniem do makijażu zawsze dbam o odpowiednie nawilżenie skóry, dzięki czemu minerałki prezentują się na niej pięknie. Od kilku miesięcy nieodmiennie dba o to nawilżające serum Baikal Herbals, które u mnie spokojnie spełnia wszystkie zadania kremu nawilżającego na dzień.

Makijaż rozpoczynam od pudru - jest to trik, który stosuję już od ponad roku, ponieważ świetnie przedłuża zmatowenie mojej buźki. Stosuję matujący puder od Lily Lolo, który nałożony w ten sposób dodatkowo pielęgnuję moją buźkę, wspomagając jej procesy regulacyjne - dzięki zawartości glinki porcelanowej.


Następnym krokiem jest mineralny podkład Annabelle Minerals w odcieniu Golden Light - kolor ten mogłam nosić dopiero po drugim dniu wyjazdu, gdy buźka mi się trochę opaliła. Jeszcze przez te wakacje mi posłuży, jednak następnym razem sięgnę po nowość AM, odcienie Sunny, które na swatchach wydają mi się trochę jaśniejsze od odcieni Golden.
Podkład nakładam pędzlem kabuki, również od AM.

Po nałożeniu makijaży ponownie poprószam twarz pudrem Lily Lolo.


Brwi wypełniam kredką Felicea Natural w odcieniu dla blondynek (nr 83). Kosmetyki Felicea Natural są u mnie nowością, a już zdążyłam je polubić. Kredka do brwi jest dla mnie idealna, ponieważ ma w sobie trochę ciepłych tonów, nie jest zimnym brązem, ale też nie jest rudawa. Długo szukałam takiego odcienia.

Drugą kredką, klasyczną czarną (czarna kredka to obowiązkowy punkt w mojej kosmetyczce!), zaznaczam górną linię wodną oka. Mam duże oczy i ten zabieg pięknie wyostrza mi spojrzenie, a jednocześnie optycznie zagęszcza rzęsy. W ramach kaprysu rysowałam nią również kreski.


Skoro już jesteśmy przy makijażu oka, wypadałoby dodać mu troszkę koloru. W tym wypadku zawsze sprawdzają się cienie Lily Lolo: Souls Sister albo Chocolate Fudge Cake.

Soul Sister to piękny opalizujący brąz, przypominający trochę On and On Bronze z serii Color Tattoo, jednak jest on odrobinę chłodniejszy. Jest to cień, którym możemy wykonać pełen makijaż oka na szybko, ponieważ sam z siebie pięknie zaznacza załamanie oka. Makijaż wygląda tak, jakbyśmy poświęciły mu wiele czasu na blendowanie, a tak naprawdę wystarcza cień rozprowadzić na powiece.

Chocolate Fudge Cake to dopiero gradka! Kupiłam go jako piękny fiolet, a okazał się cudowną niespodzianką. Fiolet ten podczas rozcierania zamienia się w ciepły, czekoladowy, lekko opalizujący brąz. Im bardziej cień rozcieramy, tym staje się bardziej brązowy. Blendując go w różnym stopniu uzyskujemy fenomenalny makijaż oka wykonany jednym cieniem! Jest to mój ulubiony cień i polecam go każdemu!


Do wykończenia makijaży oka pozostają tylko rzęsy. Z pomocą przychodzi maskara Lily Lolo, która pięknie zaznacza i wydłuża moje rzęsy, delikatnie je pogrubiając. Stosowana solo lubi tworzyć grudki, dlatego każdorazowo przed tuszowaniem smaruję rzęsy odżywką i dzięki temu grudki już nie powstają.
Maskara jest naturalna, jednak nie rozpływa się tak łatwo. Moje kąciki lubią łzawić i na szczęście przy tej maskarze nie powstają nieestetyczne czarne plamy po spływającej maskarze. Do efektu pandy potrzeba prawdziwych łez :)


Moja twarz i szyja, z racji stosowania filtru z wysoką ochroną, są nieco jaśniejsze niż reszta ciała. Aby je ocieplić, korzystam z czekoladki Bourjois w odcieniu 52. Czekoladkę udało mi sie upolować na promocji -40% w Rossmannie - i o dziwo w Opolaninie nikt nie stał przy szafie Bourjois!

Bronzer ładnie zgrywa się z moją opalenizną, jednak gdy byłam bledsza był dla mnie trochę zbyt słoneczny - do konturowania bladych twarzyczek się nie nadaje.


Żeby dodać policzkom trochę koloru sięgam po róż Annabelle Minerals w odcieniu Nude. Jest to odcień uniwersalny, pasujący praktycznie do każdej cery i, co najważniejsze, jest identyczny z moim rumieńcem. Nadaje mojej buźce bardziej młodzieńczego, dziewczęcego wyrazu i trzyma się na twarzy przez cały dzień.

Kolor różu w większym stopniu oddaje zdjęcie zbiorcze. W rzeczywistości róż jest mniej cukierkowy :)


Pozostały tylko usta. A na nich szminka Felicea Naturals w odcieniu 24. Delikatnie różowym nudziaku, który nadaje ustom bardziej dziewczęcego wyrazu. Pokrywa je delikatną warstwą koloru, dzięki czemu jeśli zjem ją w ciągu dnia nie widać nieestetycznych ubytków na ustach. Posiada również niewielką ilość opalizujących drobinek, przez co usta ładnie się błyszczą, a samych drobinek na ustach nie widać bez specjalnego wglądu.
Szminka sama w sobie delikatnie nawilża usta.


W zeszłym roku było tego znacznie więcej, ale połowa rzeczy leżała nie używana, po część sięgnęłam tylko raz czy dwa razy. Tym razem kolorówka była skromniejsza, ale używana każdego dnia. Bagaż się zmniejszył, a ja i tak wyglądałam pięknie :)

Znacie coś z mojej kolorówki? Mam Wam o czymś dokładniej opowiedzieć?

Trzymajcie się ciepło! Jaskółka

5 gru 2014

Mój pierwszy krem BB - Lily Lolo w wersji Light

Zawsze myślałam, że podkłady mineralne będą mi służyć po wieki wieków. Spojrzenie na ten temat się nieco odświeżyło przy kolejnym podejściu do kuracji kwasami - znacznie mocniejszym, bo tej jesieni mam już opracowany plan działania, jestem rozeznana w terenie i znacznie bardziej zmotywowana! Ponieważ mam znacznie bardziej przesuszoną skórę, albo raczej powinnam powiedzieć znacznie mocniej się złuszcza, co na buźce widać, wylinkę po podkładzie mineralnym widać bardzo, na odległość! W tym momencie w mojej główce zrodził się pomysł zdobycia kremu BB - ale nie byle jakiego, naturalnego!

To, że postawiłam na naturalny krem BB nie jest moim widzimisię. Powiem szczerze, że bałabym się po ponad roku stosowania mineralnego makijażu i naturalnej pielęgnacji nałożyć drogeryjny czy azjatycki krem BB, które wiele z Was mi polecało. Moja skóra łatwo się zapycha i musiałam sporo wysiłku włożyć w jej wyregulowanie i uspokojenie, naprawdę nie chciałabym ryzykować powrotu na start, gdzie do mety tak niewiele brakuje!

Jak pewnie pamiętacie, wahałam się pomiędzy sprawdzonym już przez wiele osób kremem BB z So Bio, a nowością od Lily Lolo. Ten pierwszy zbiera sporo pozytywnych opinii, jednak dość skutecznie odstraszyła mnie od niego Angel - musiała stosować pod niego krem nawilżający, bo wysuszał jej twarz. Wiadomo, podczas kuracji kwasami chciałam takiego działania zdecydowanie uniknąć! Na korzyść Lily Lolo wpłynęła też lekka konsystencja, która na pewno lepiej dogaduje się z moją tłustą buźką niż treściwa wersja So Bio.


I tak oto zaryzykowałam, szarpnęłam się na ciągle tajemniczą nowość Lily Lolo w wersji jaśniejszej, na wszelki wypadek zakupiłam również próbkę ciemniejszej wersji - chociaż nie spodziewałam się, bym okazała się aż tak czorno :) Wrzuciłam też do koszyka puder matujący, ale o nim innym razem.

Nowość od Lily Lolo ma bardzo ładny, choć nie do końca naturalny skład. Nie oznacza to, że jest zły! Ja zawsze będę Wam powtarzać, że trochę chemii w kosmetykach nie szkodzi - jakby nie patrzeć większość konserwantów czy emulgatorów jest syntetycznego pochodzenia, a dzięki nim kosmetyk nam się nie rozwarstwia i nie psuje. Ba! Nawet kwas hialuronowy obecnie pozyskuje się metodami biotechnologicznymi, a jak dobrze nam służy? Nie po to nauka się rozwija, byśmy z niej nie korzystali. Ważne tylko, by robić to świadomie :)

Woda, trigliceryd kaprylowo-kaprylowy (emolient), gliceryna, Coco-Caprylate (naturalny odpowiednich syntetycznych silikonów, pochodna oleju kokosowego), Cetearyl Olivate (naturalny oleisty wosk z oliwy z oliwek), Sorbitan Olivate (Olivem 1000, naturalny emulgator), olej jojoba, olej z pszenicy, olej ze słodkich migdałów, olej arganowy, kwas stearynowy (emolient), alkohol cetylowy (emolient), monogliceryd kwasu stearynowego i oleinowego (naturalny emulgator), azotek boru (polepszacz przyczepności, wytworzony labolatoryknie), alkohol benzylowy (konserwant), perfum, benzoesan sodu (konserwant), sorbinian potasu (konserwant), tokoferol (wit. E), puder z soku z aloesu, olej manuka, olej z marakui, kwas dehydrooctowy (identyczny z naturalnym konserwant), olej słonecznikowy, kwas hialuronowy w formie soli sodowej, limonen, linalol, benzoesan benzylu (składnik olejków eterycznych), salicylan benzylu (składnik kompozycji zapachowych), dwutlenek tytanu, tlenek żelaza(II), tlenek żelaza(III) (barwniki)


Jak widać, Lily Lolo zastosowało w swoim nowym dzieciątku naturalne składniki, ale również te syntetyczne, zbliżone do naturalnych lub wytworzone laboratoryjnie, lecz zastosowane z sensem. Każdy składnik ma swoje miejsce, pełni swoją rolę, wszystko ma ręce i nogi, i łączy naukę z naturalnością - czyli to, co podoba mi się najbardziej. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo cenię sobie naturalne kosmetyki, jednak sama jestem zwolenniczką zastosowania paru syntetycznych dodatków, które mogą pomóc, szczególnie jeśli mówimy o cerze trądzikowej czy dojrzałej - bo chyba nie chcecie mi wmówić, że kilka olei dobrze zmieszanych wygładzi najgłębsze zmarszczki?
Potwierdzeniem moich słów jest zastosowanie w kremie mnogiej liczby olei, które pielęgnują skórę w ciągu dnia, podczas noszenia makijażu. I dzięki tym wszystkim dodatkom konsystencja produktu jest lekka, przyjazna każdej cerze. Dla cer suchych może być tego za mało, ale zawsze można stosować kremiki pod.

Jak dobrać kolor? Nie jestem typowym bladziochem, mam cerę żółtawą, oliwkową. Gdy zaczynałam przygodę z kremikiem moim odcieniem był Golden Light z Annabelle Minerals lub Butterscotch z Lily Lolo, jak wolicie. Obecnie jestem czymś przejściowym pomiędzy Golden Light i Fair (odcień Fair jest dla mnie nieco zbyt szarawy), a będąc w gamach Lily Lolo, ciągle jeszcze pasuje mi Warm Honey (spokojnie, to tylko próbki :)). Odcień Light tego kremu początkowo był dla mnie trochę za jasny, teraz dostrzegam go na twarzy tylko po kryciu. Próbki z odcieniem Medium w ogóle nie ruszałam.

Jak mi się z nim żyje? Myślę, że dla wielu z Was najważniejszym aspektem będzie krycie. Z kryciem w jego przypadku nie jest najlepiej, zakryje delikatne zaczerwienienia - których mam sporo na policzkach - ale jeśli wyskoczy Wam większy nieprzyjaciel lub ciągle nosicie piętno po zaciętej walce, musicie się liczyć z tym, że takie przebarwienie będzie dalej widoczne. Za to krem świetnie sprawuje się jako baza pod podkład mineralny, nie tylko od Lily Lolo (korzystałam z próbek), ale również Annabelle Minerals. Krem nie uwydatnia suchych skórek, potrafi je nawet ładnie zatuszować i przez większą część dnia pozostają niewidoczne - chyba, że macie do czynienia ze złuszczaniem przy kuracji kwasowej i nieumyślnie przetrzecie twarz ręką, taki już urok tej kuracji. Również zastosowany jako baza w tej kwestii spisuje się świetnie, zastosowanie samego podkładu na taką złuszczającą się buźkę byłoby największym gwałtem na poczuciu estetyki - wszystko, dosłownie wszystko wychodzi na wierzch, nawet w miejscach gdzie nie zauważyłyście jeszcze złuszczania! Podkład zastosowany na ten kremik - przyznam, że robiłam to bez przekonania o sukcesie - sprawuje się rewelacyjnie, w większości nie podkreśla suchych skórek, chyba że macie do czynienia z tak drastyczną sytuacją, jak ja na trzeci dzień po kwaszeniu :) Ale i wtedy nie ma masakry, można spokojnie wyjść do ludzi.

Możecie również podkładem mineralnym skorygować miejsca, które bardziej chcecie ukryć. Stopniowanie krycia samym kremem BB jest nieco uciążliwe, ponieważ nałożony w większej ilości zaczyna się rolować i nie da się go ładnie rozprowadzić palcami.


Nawilżenie? Można się go spodziewać po takim składzie, prawda? Nie szykujcie się na cuda, jest to w końcu tylko krem BB. Jednak choć coś z tego nawilżania na tej skórze jest, sam krem BB nie wystarczy w pielęgnacji, ale na pewno Wam w żaden sposób nie zaszkodzi. Sama zauważyłam, że po nałożeniu kremu moja często zmęczona i nieco spięta skóra zostaje ukojona, zmiękczona, dyskomfort znika. Także nie dość, że produkt nie wysusza, to dodatkowo delikatnie pielęgnuje - co podkłady mineralne również czynią, ale tylko w przypadku trądziku, jeśli w składzie mają glinkę białą.

W użytkowaniu jest banalny! Konsystencja jest bardzo pomocna w jego nakładaniu. Ale tutaj uwaga, znacznie bardziej polecam Wam go wklepywać, szczególnie jeśli chcecie użyć kilku warstw. Krem ma to do siebie, że nałożony w większej ilości zaczyna się rolować na skórze. Dogaduje się z większością kremów, wypróbowałam kilka pod, lżejszych i cięższych, raz nawet nałożyłam go na tłusty krem z Gaia Creams i ładnie się z nimi dogadywał, tylko przy niektórych miał większe tendencje do rolowania - na to mam jedno rozwiązanie: wklepywać, nie rozcierać! 
Nie wiem jak będzie zachowywał się w kontakcie z pędzlem czy jajuszkiem. Od samego początku używałam paluszków i jest mi z tym dobrze. Jego nakładanie w ten sposób idzie mi całkiem sprawni.
Ach, nie wspomniałam o jego zapachu? Jest cudny, lekko cytrusowy. Przyznam szczerze, że jak usłyszałam o cytrusowej nucie to zaczęłam kręcić nosem, sama nie lubię cytrusowych aromatów w kosmetykach, rzadko kiedy są przyjemne. Ale ten tutaj jest naprawdę zjawiskowy, ma w sobie coś z płynu do kąpieli dla dzieci z tą odświeżającą nutą.

Krem nie ma ochrony przeciwsłonecznej, niestety Lily Lolo wyszło z założenia, że krem będzie stanowił bazę pod ich podkłady mineralne, co dla mnie trochę mija się z celem. Oczywiście można, można, w takich sytuacjach jak ja obecnie lub przy bardziej suchych cerach. Ba, przyznam, że podkład mineralny naprawdę wygląda lepiej na kremie. Ale wątpię, by każdy z Was chciał kupować go w celu takiego użytkowania.
Dla mnie nie stanowi to jednak problemu, używam go na filtr suchy w dotyku Anthelios XL o SPF 50.

To jak, warto w końcu? Ja, posiadaczka tłustej cery skłonnej do przesuszeń, posiadaczka cery problematycznej, w trakcie kuracji kwasem migdałowym (co tydzień peeling 20%), polecam. Polecam do zakrycia delikatnych zaczerwienień spowodowanych cerą trądzikową, do nieprzyjaciół będzie Wam potrzebny korektor. Polecam jeśli chcecie sięgnąć po produkt, który nie będzie wysuszał, który dla odmiany będzie pielęgnował skórę. Polecam dla skóry wrażliwej, skłonnej do podrażnień - jak cery podczas kuracji kwasami.
Wygląda na to, że jedynym aspektem, który musicie porządnie przeanalizować jest fakt na jak mocnym kryciu Wam zależy!

Krem BB kupicie na Costasy, jego regularna cena wynosi 65,90zł.


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


16 sie 2014

Moja (prawie) roczna przygoda z minerałami!

Poszalałam trochę z zakupami po powrocie z wakacji! Nagle stał się potrzebny nowy podkład, po stary zbyt jasny, nagle Tangle Teezer okazał się być niezbędny i poleciałam po niego do Hebe, kończy mi się tusz, więc od razu zrobiłam zapas, przy okazji zahaczyłam o Empik by kupić sobie coś do poduszki, a tu jeszcze koleżanka robi zakupy na ezebrze, a tam kredki do ust z Bourjois po taniości... W portfelu pustką zawiało, ale poratowała mnie ciotka mojego B., która szukała kogoś do pokelnerowania :) Piszę do Was już po zabawie w kelnerkę... I teraz zaczęło marzyć mi się pudełko od Full Mellow, a jak tu się oprzeć pokusie?

Tyle z moich chciejstw i braku pohamowań w sferze zakupowej. Aż siebie nie poznaję!
Z wiadomości życiowych Jaskółki dodam jeszcze tyle, że do Radomia się nie wybieramy, bo podróż nas za drogo autkiem wyjdzie. Perkusja pojedzie sobie spokojnie w pudle, a my za to ze znajomymi wybierzemy się do Opola, by poznać miasto i przyszłe mieszkanie! Tutaj malutka prośba do whiteski o jakieś dane kontaktowe, bym mogła się na miejscu z Tobą umówić! Nie wiem czy dam radę podczas tego wyjazdu (czy mnie znajomi wypuszczą!), ale fajnie będzie mieć już do Ciebie cynk. Czasu dla siebie w Opolu będziemy mieli aż nadto, jeszcze we wrześniu będziemy jechać wcześniej, bo muszę na miejscu badania porobić :)

Kwestię informacyjną możemy zamknąć, teraz mogę bezkarnie zacząć Was kusić. Kusić najlepszym zakupem i swego rodzaju zmianie w pielęgnacji (zaraz po hennie!), jakiego dokonałam na mojej drodze ku pięknej i radosnej Jaskółce. Mowa o zmianie podkładu na mineralny - o Annabelle Minerals.

http://annabelleminerals.pl/

Dlaczego zdecydowałam się na annabellki? Muszę przyznać, że ich głównym atutem była cena. O minerałach każdej firmy można powiedzieć wiele dobrego: są naturalne, ich skład jest króciutki, nie ma co w nich uczulać, zapychać, skóra pod nimi oddycha. Gdyby porównać składy różnych marek, niewiele się od siebie różnią. O ich cenie więc decyduje jakość samego produktu, jego składników, stopień rozdrobnienia naszych minerałów. Annabelle Minerals daje nam dobrą jakość w naprawdę przystępnej cenie.

Moja przygoda z annabellkami rozpoczęła się we wrześniu ubiegłego roku, gdy zdecydowałam się na zakup zestawu startowego w formie kryjącej. Zestaw startowy obejmuje podkład 10g (50zł), róż 4g (30zł), korektor 4g (30zł) i pędzelek do wyboru: flat top, kabuki, do różu (każdy 30zł), za który płacimy 110zł - dostajemy więc 30zł zniżki na cały zestaw. W moim zestawie wylądował podkład Natural Light, róż Nude, korektor Light i pędzelek flat top. Z całego zestawu nie sprawdził się tylko korektor - zdecydowanie za jasny odcień, odpowiedni dla prawdziwych bladziochów, nie takich udawanych jak ja :)


W dzisiejszej notce chcę Wam przybliżyć podkład w wersji kryjącej i pędzelek, który świetnie to krycie zapewnia. 10 g produktu dostajemy w stylowym opakowaniu z sitkiem. Pokrywka odkręca się wygodnie, w podróży nie robi tego samodzielnie, można spokojnie wozić ze sobą bez strachu przed wszechobecnym pyłem roznoszącym się po całej torbie. Rzecz ma się jednak zupełnie inaczej jeśli chodzi o wnętrze opakowania. Nie wiem dlaczego Annabelle Minnerals nie zaopatrzy większego opakowania - za które bagatela płacimy więcej - w to samo zabezpieczenie, w jakie zaopatruje 4g pudełeczka. Będę Wam je pokazywać w notce o różu, gdyż on również (i korektor także!) takie zabezpieczenie posiada.

Kochani, dowiedziałam się przed chwilką, że Annabelle Minerals jakiś czas temu większe opakowanie również zaopatrzyło w zabezpieczające przekręcane sitko. Taka nieścisłość się wywiązała w związku z dawną datą zakupu mojego egzemplarza :)

Ponadto wieczko niemiłosiernie się brudzi. Wiadomo, jak się pracuje z sypkimi minerałami, zawsze trochę pyłku uniesie się w powietrze, czy to przy odkręcaniu (szczególnie, gdy brak zabezpieczenia), czy przy zakręcaniu, czy przy aplikacji na pędzelek. Każdy najdrobniejszy ślad widać na tej pięknej czerni, co odejmuje jej uroku. Napis jednak się nie ściera (co znowu ma miejsce w mniejszych opakowaniach, widać to po różu).

Pędzelek jest świetnie wykonany, byłam zdumiona jego jakością za cenę zaledwie 30zł. Krótki bambusowy trzonek spisuje się u mnie idealnie, świetnie się go trzyma - szczególnie przy małych łapkach. Włosie jest niesamowicie miękkie, włoski odstają bardzo delikatnie (zdjęcie niżej), nie wypadają - nie licząc jednego kosmity, który postanowił nieco wyjść z szeregu, ale ani kroku dalej; ten stan rzeczy nastąpił zaraz na początku użytkowania i trwa po dziś dzień, jednak nie przeszkadza to w makijażu: nie smuży, nie pozostawia śladów, jakby wszystko było na swoim miejscu. Jest to świetny interes na dłużej, bo pędzel ma się świetnie, a myję go co dwa dni odkąd go mam.


Kolor podkładu z biegiem czasu - szczególnie gdy zaczęło się robić cieplej - okazał się za bardzo różowy. Seria Natural łączy w sobie odcienie neutralne, przypomina większość odcieni podkładów drogeryjnych, która łączy w sobie beżowo-różowe tony, bardziej w stronę beżu, niemniej jednak różu też tam trochę jest. Ten róż z biegiem czasu wybijał się na mojej twarzy - stąd też kolejny Annabellek w odcieniu Golden Light już do mnie jedzie!

Sam w sobie jest bardzo dobrze zmielony, jego konsystencja jest delikatnie kremowa, pomimo sypkiej konsystencji. Podkład zbiera się w drobne kupki, jakby skleja ze sobą. Dzięki temu świetnie sunie po twarzy, nie pozostawia smug, nie odznacza się na włoskach - a przecież mamy do czynienia z sypkim produktem!

Jeśli chodzi o krycie podkładu, jest fenomenalne. Fenomenalne! Nigdy nie spodziewałabym się takiego krycia po sypkim produkcie, a tu się okazuje, że kryje lepiej od niejednego podkładu! Bez problemu zakrywa czerwone ślady, naczynka, przebarwienia. Z większymi problemami, np. wypryskami czy bliznami oczywiście nie daje rady w stu procentach, za to zdecydowanie nie są widoczne z dalszej odległości. Krycie to można stopniować, nakładać kilka warstw, zwiększyć natężenie w miejscach, które tego wymagają, zmniejszyć w tych, gdzie tego nie potrzeba. Buźka dalej będzie wyglądała jednolicie.

Czy z minerałami można uniknąć efektu maski? Jak najbardziej, trzeba tylko umiejętnie się nimi posługiwać. Nie jest to żadna filozofia, wystarczy nakładać na siebie cienkie warstwy. Wychodzi nam to zdecydowanie na lepsze niż nałożenie w pośpiechu od razu grubej warstwy - takie działanie zapewnia jedynie efekt ciasta i zbieranie w załamaniach i zmarszczkach. Trzeba też pamiętać, by z warstwami nie przesadzić - najlepszy efekt uzyskuje się do 4, potem podkład robi się widoczny na twarzy.

Od razu zaznaczam, nie przeraźcie się pierwszym spotkaniem z minerałami. Zanim stopią się ze skórą mija trochę czasu - w zależności od nałożonych warstw, od piętnastu do trzydziestu minut. W tym czasie minerały łączą się z naszym sebum i zlewają z naszą skórą, stają się niewidoczne, dają naturalny efekt pięknej cery z delikatnym blaskiem (można to oczywiście zmatowić pudrem). Można to przyspieszyć psikając twarz wodą termalną.


Na tym zdjęciu pięknie widać różowe tony w Natural Light - chociaż sam podkład zdecydowanie taki nie jest. Kolorek jest efektem prawie rocznego pocierania pędzelkiem o wieczko z podkładem. Odcienie Natural mają taką niesamowitą własność, że nałożone na twarz (czy rękę w przypadku swatchy :)) są strasznie jasne, beżowe. Dopiero po potarciu kolor robi się różowawy i nieco ciemniejszy. Pozostałe dwa odcienie nie mają takich magicznych mocy :)

Podkład na mojej przetłuszczającej się buźce wytrzymuje do pięciu godzin bez poprawek. Jeśli w trakcie dnia ze dwa, trzy razy zastosuję bibułkę matującą i zagruntuję podkład ponownie pudrem da się efekt przeciągnąć do siedmiu. Potem skóra się błyszczy i większe wypryski wychodzą na światło dzienne. Niemniej jednak mniejszych przebarwień nie widać do momentu zmycia makijażu wieczorem. Na cerze mniej przetłuszczającej się i suchej efekt będzie dłuższy.

Uwaga na suche skórki! Do minerałów buźka musi być dobrze nawilżona! Wszystkie suchości pod minerałami widać, nie ma zmiłuj, trzeba o siebie dbać, nawilżać, pić wodę, coby się nawadniać od środka i robić peelingi.
W przypadku kremów stosowanych pod minerały, cóż, nie zawsze się jedno z drugim dogada. Warto pamiętać, by nie stosować silikonowych kremów odcinających naszą twarz od reszty świata, bo cała magia minerałów nic nie zdziała.
Po nałożeniu kremu trzeba odczekać aż się wchłonie, by nie zrobić sobie plam. Potem sunie gładko :)

Podkład w ciągu dnia - dopóki twarz się nie błyszczy - nie ściera się z twarzy, nie znika. Nie powiedziałabym jednak, że jest odporny na wodę, jak sugeruje producent. Na łzy, może i owszem, na większą ilość wody już niestety nie, minerałki popłyną razem z nią.

Pędzel flap top kryje mocno, pozwala upakować produkt w jednym miejscu. Z początku trzeba się nauczyć z nim współpracować, łatwo nałożyć zbyt wiele, zrobić plamę na dzień dobry, zniechęcić się do minerałów. Myślę, że znacznie łatwiej będzie zacząć z pędzlem kabuki (który też do mnie już jedzie!). Za to jeśli już nauczycie się z tym pędzlem współpracować, za nic go nie oddacie! Wprawna ręka zafunduje sobie świetne krycie wyglądające naturalnie w krótkim czasie.


Oczywiście mam patent na ten pędzel - tyle czasu się nim maluję, musiałam się z nim jakoś dogadać :) Oprócz tradycyjnego strząsania nadmiaru produktu z powrotem do wieczka, ja praktykuję jeszcze delikatnie stukanie rączką o umywalkę czy biurko, w zależności gdzie się maluję. Taki prosty zabieg sprawia, że podkład wpada nieco głębiej między włoski pędzla i naprawdę trudno jest sobie zafundować plamę. Podkład rozprowadza się równomiernie bardzo cienką warstwą.

Ale, ale, co by nie być gołosłownym, wypadałoby efekt pokazać. Bo kto to tam wierzy, na słowo? Te z Was, które miały okazję kiedyś mnie zobaczyć na spotkaniach - miałam na sobie Annabellki! A te, które nie miały... Zapraszam na ponowne zaglądnięcie do zdjęcia zrobionego przez Anię podczas majowego spotkania blogerek w Gliwicach :) Pamiętajcie, że ja naprawdę ciągle męczę się z moją skórą, mam mnóstwo zamkniętych zaskórników, zaczerwienień na policzkach, blizn, moje policzki oblegają rozszerzone pory. Tego dnia nie było lepiej! A samo zdjęcie jest robione z odległości, do tego minerałki pięknie odbijają światło. Efekt:

http://45stopni.blogspot.com/
Malusia uwaga: podkład wchodzi w rozszerzone pory, z bliska to widać. Da się efekt zminimalizować stosując puder POD podkład (jego trwałość jest też wtedy wydłużona, szczególnie jeśli mamy do czynienia np. z pudrem bambusowym - metoda świetna nie tylko pod minerały!).

Byłabym zapomniała opowiedzieć jak moja skóra zareagowała na Annabellki. Oczyściła się, mam zdecydowanie mniej wyprysków - czasem nawet ich brak, tylko zaskórniki ciągle mnie męczą. Przestała być szara i zmęczona, nabrała blasku i bywają dni, że śmiało wychodzę tylko z pudrem na twarzy (tutaj chętnie uśmiechnę się do samego Annabelle Minerals, zrobię słodkie oczka i poproszę o puder do kolekcji!) i się jej nie wstydzę.

P.S. Na powyższym zdjęciu mam również na policzkach róż w odcieniu Nude. Jest genialny, kolorystycznie podobny do mojego naturalnego rumieńca, który przyozdobił mi na zdjęciu lico :)

Nie wiem jak Wy, ale ja Annabellki kocham cały serduszkiem. I nie zamienię na nic innego! No, może w dzień ślubu, na coś co przetrwa całą noc. Ale do tej pamiętnej nocy jeszcze sporo czasu, przed nią i po niej zdecydowanie Annabellki.

Ktoś z Was już się z nimi poznał? Jak Wasze wrażenia?

Pozdrawiam ciepło! Jaskółka


Disqus for Jaskółcze Ziele