Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskórniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskórniki. Pokaż wszystkie posty

14 lip 2015

Radosny poranny rytuał z Pomegranate & Ylang Ylang Gaia Creams

Wreszcie jestem na dłuższy czas w domu, co daje mi czas na małe porządki blogowe. Mam już w głowie pomysł w jaki sposób będziemy razem świętować drugie urodziny bloga, nie mogę się doczekać, aż Was wprowadzę w to, co mi się w głowie kreuje. Na razie jednak wszystko pozostaje tajemnicą... :)

Pogoda nas nie rozpieszcza! Miałam dzisiaj w planach spacer z moimi niedźwiedziami nad Wisłą, by psiaki mogły się wyhasać i popływać, bo bardzo to lubią. Co widać po ich mordkach :)


Dobre i to, że uwielbiają również hasać w deszczu - gorzej, że my już niekoniecznie :)

Jednak są sposoby, by i w taki szaro-bury, deszczowy dzień czuć się dobrze. Mały poranny rytuał, który nie wymaga od nas wiele, a pięknie dba o naszą skórę i dobre samopoczucie od samego rana. Mowa o kremiku Pomegranate & Ylang Ylang od Gaia Creams. 

Gaia Creams

Kremik ten jest najbardziej kremowy ze wszystkich, które u mnie już gościły (mowa o Argan & Sea Buchthorn oraz Palmarosa & Thistle). Błyskawicznie topnieje pod palcem, uwalniając bardzo przyjemną ziołową woń z kryjącym się za nim ciepłem. Za ten zapach odpowiadają olejek frankincense, ylang ylang oraz rozmarynowy.  Mieszanka niezwykle radosna, przyjemnie pobudzająca z rana - i żeby nikomu nie uszło to uwadze, zapach silnie mnie uzależnił! Nie wyobrażam sobie poranka bez wsadzenia nosa w słoiczek. A później, po odświeżeniu skóry, bez delikatnego masażu twarzy za sprawą którego - a tak dokładniej ciepła wydzielonego podczas masażu - zapach staje się jeszcze cieplejszy i bardziej wibrujący.

Zapach nie utrzymuje się na skórze długo, co sprawia, że poranny rytuał staje się znacznie bardziej magiczny i wyjątkowy :)


Masło shea, olej kokosowy, olej jojoba, olej z wiesiołka, olej z pestek granatu, olej lniany, olej z dzikiej róży, olejek ylang ylang, olejek frankincense, olejek rozmarynowy, linalol*, limonen*, benzoesan benzylu*, benzoesan salicylu*, farnesol*, geraniol*, alkohol benzylowy*, eugenol, izoeugenol*
(* naturalnie występujące w olejkach eterycznych)

Uwielbiam składy Gaia Creams, są proste i przemyślane. Większość z tych olejów stosowałam na mojej skórze już wcześniej i byłam bardzo ciekawa jak sprawdzi się ich połączenie. Większość tych olejów świetnie sprawdza się w pielęgnacji skóry tłustej i trądzikowej jednocześnie pięknie ją odżywiając i regenerując.
Masło shea to takie małe remedium na prawie wszystkie problemy skórne. Jest idealne w pielęgnacji cery tłustej, ponieważ nie powoduje zaczopowania ujścia mieszków włosowych, czyli nie tworzą się zaskórniki, tak charakterystyczne dla tłuścioszkowych buziek. Świetnie koi wszelkie stany zapalne, stanowi naturalną ochronę skóry przed czynnikami zewnętrznymi, a nawet jest naturalnym filtrem UV o niski współczynniku ok. 3-6. 
Olej kokosowy zawiera w sobie 50-60% kwasu laurynowego, dzięki czemu ma działanie antybakteryjne. Oprócz tego jest świetny w przypadku wszelkich podrażnień, czy to w przypadku wrażliwej skóry, poparzeń słonecznych czy zaognionych stanach zapalnych wywołanych wypryskami. Olej kokosowy był pierwszym olejem w mojej kosmetyczce i od tamtej pory jej nie opuszcza.
Olej z wiesiołka to dla mnie nowość, chociaż czytałam o nim sporo w kontekście pielęgnacji skóry tłustej - reguluje on bowiem pracę gruczołów łojowych. Będzie również wspierać łagodzące i kojące działanie dwóch poprzedników.
Olej z pestek granatu ma silne działanie antyoksydacyjne. Jest mocno odżywczy i jednocześnie bardzo lekkim olejem.
Olej lniany jest kolejnym przyjacielem skóry tłustej zamkniętym w tym słoiczku. Ciepłe okłady z oleju lnianego stosuję, gdy zaskoczą mnie głębokie wypryski (najczęściej w połączeniu z olejkiem z drzewa herbacianego) - po pierwsze, sprawia, że głębokie gule przestają boleć, a po drugie szybko wyciąga je na powierzchnię. Znany jest również ze swoich silnych właściwości odżywczych i regeneracyjnych.
Olej z dzikiej róży to kolejna dawka antyoksydantów. Jest często stosowany w kosmetykach do cery dojrzałej i wrażliwej.
Mieszanka olejków ylang ylang, frankincense i rozmarynowego niweluje napięcia i oczyszcza umysł z pochmurnych myśli. Dodatkowo poprawia krążenie krwi, dzięki czemu pozostałe oleje mają większe pole do popisu. I cudownie pobudzają z rana :)


Najbardziej podoba mi się w tym kremiku to, że mogę bezproblemowo - przy mojej tłustej skórze - używać go w ciągu dnia. Nie powoduje on nadmiernego świecenia się mojej skóry i makijaż - zarówno mineralny, jak i z drogeryjnym podkładem - ładnie się na niej prezentuje. Nie sprawdza się jedynie w bardzo upalne dni.

Kremik wchłania się szybko, pozostawiając skórę miękką i przyjemnie naprężoną. Jak przy każdym kremiku Gaia Creams, nabiera ona pięknego wewnętrznego blasku. Zaskórniki występują rzadziej, a gdy już coś brzydkiego wyskoczy na skórze, zaczerwienienie szybko znika i stan zapalny szybko się goi, nie pozostawiając śladu po nieproszonym gościu. Z czasem skóra przestaje się tak intensywnie błyszczeć, nie muszę pudrować noska w ciągu dnia, a nawet szybki makijaż bez sięgnięcia po puder (co testowałam podczas festiwalu, gdzie spałam pod namiotem i ograniczyłam kosmetyczkę do pokładu mineralnego, tuszu i kredki do brwi) nie kończy się katastrofą. Po raz pierwszy od ponad dwóch lat świadomej pielęgnacji mogę powiedzieć, że moja tłusta skóra utrzymuje się w ryzach i jest coraz bliżej określenia jej jako normalnej. 

Ogromnie się cieszę, że kremik wpadł w moje łapki, ponieważ stał się moim małym złotym środkiem. Cenię sobie również jego silne działanie antyoksydacyjne, ponieważ będzie stanowił ten złoty środek przez dłuższy czas, strzegąc moją skórę przed wolnymi rodnikami - o które przy tłustej cerze nie trudno! Nie mam najmniejszej ochoty zamieniać go na nic innego!

A na poprawę humoru w ten brzydki deszczowy dzień zostawiam Wam jeszcze radosne buźki moich psiaków: Koli i Saszy :)



Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


14 cze 2015

Oczyszczająca maseczka na objawy stresu | Provence Sante

Mam nadzieję, że u Was piękny, słoneczny weekend? W Opolu tak było przez dwa dni, jednak dwie burze na zakończenie każdego dnia w końcu przegoniły piękną pogodę. Jest pochmurnie, szaro-buro, jednak ciągle ciepło i rześko, czego nie można było powiedzieć o piątku i sobocie.
Było mnie ostatnio tutaj mało i jeszcze trochę będzie mnie jeszcze mniej, bo studia dają mi w kość i powoli wykańcza mnie to psychicznie. Maraton codziennego zdawania kończy mi się w środę i mam nadzieję, że uda mi się odetchnąć przed następnymi egzaminami. A potem czeka mnie piękna Chorwacja z moim Tośkiem :)
 
W tym ferworze walki z wykładowcami i samą sobą zupełnie umknęły mi drugie urodziny bloga! Było to dwa tygodnie temu, a ja zupełnie o tym zapomniałam! Mam w głowie pomysł na małe rozdanie z tej okazji, jednak to również potrzebuje czasu, by dojrzeć... Ale mam nadzieję, że cierpliwość z Waszej strony się popłaci!

Stres, jaki mi towarzyszy w ciągu ostatnich dwóch tygodni momentalnie odbił się na mojej buźce. Pojawiają się na niej wypryski, przesusza się znacznie ciężej, nawet włosy stają się nieposłuszne. Włosom na razie nie umiem zaradzić, za to na problemy skórne znalazłam świetne remedium, o którym dzisiaj Wam opowiem.


Oczyszczającą maseczkę Provence Sante znalazłam w TK Maxxie za 20zł, podczas gdy maseczka jest dostępna wyłącznie we Francji (nad czym mocno ubolewam) za niecałe 14 euro, więc zysk jest niesamowity. Można ją dostać na ebayu, jednak z jej dostępnością bywa różnie.

Maseczka zamknięta jest w stojącej tubce. Wieczko otwiera się trochę opornie i zazwyczaj muszę prosić Tośka o pomoc. Produkt, który chcemy zaaplikować stawia opór, bo maseczka jest gęsta, ale większych problemów z aplikacją nie zauważyłam, jedynie to nieszczęsne wieczko. Z racji tego, że maseczka z tubki wychodzi powoli, z łatwością zaaplikujemy tyle, ile nam się wymarzyło, nie ma mowy o marnującej się ilości maski - tym bardziej, że szkoda by było :)

Pomimo tego, że maseczka jest gęsta, sunie po skórze, jest śliska i łatwo ją rozprowadza się po całej buzi. Kolejny aspekt oszczędności, który wydłuża nasz romans z maseczką, którą tak ciężko dorwać.


Woda, glinka zielona illite, olej słonecznikowy, oktylododekanol (alkohol wyższy, emolient), gliceryna, sorbitol, woda i wyciąg z mchu irlandzkiego (algi) i glikol propylenowy i kwas cytrynowy, tlenek cynku, alkohol cetylowy (emolient), glukozyd cetylowy (emolient), ekstrakt z zielonej herbaty chińskiej, limonen, sorbitan potasu (konserwant), guma ksantanowa, tokoferol (wit. E), metylparaben, propylparaben (konserwanty), ekstrakt z soku z aloesu, olejek pomarańczowy, olejek grejpfrutowy, Dioctyl Sulphosuccinate (surfaktant anionowy, konserwant), tlenek tytanu, chlorek srebra

Skład jest bogaty i posiada kilka bardzo fajnych pozycji. Glinka zielona illite świetnie oczyszcza, ale stosowana u mnie solo wysuszała mi buźkę przy częstszym stosowaniu. Wyciąg z mchu irlandzkiego to nic innego jak karagen, który jest substancją śluzotwórczą, łączy inne składniki, stabilizuje produkt i nawilża - tak samo jak gliceryna. Tlenek cynku jest zbawieniem dla cer problematycznych, więc na moje stresowe wypryski jak znalazł. Ekstrakt z herbaty chińskiej jest źródłem makro- i mikroelementów oraz witamin, ponadto koi podrażnienia i stany zapalne. Ekstrakt z soku z aloesu znam i lubię od dawna, świetnie koi i nawilża buźkę. Do tego olejki cytrusowe, pomarańczowy i grejpfrutowy, których zupełnie nie czuć w produkcie, które za to mogą zadziałać tonizująco.
Jedyne, co w składzie mi się nie podoba, to obecność parabenów.


Maseczka naprawdę mi pomogła ostatnimi czasy. Momentalnie zmniejsza wymiary wyprysków, szczególnie tych głębokich i bolących, łagodzi stany zapalne, wypryski stają się mnie czerwone i szybko zasychają. Pomimo tego, maseczka wcale nie wysusza reszty twarzy. Wręcz przeciwnie, ładnie ją nawilża, skóra staje się elastyczna i promienna. Stosowana prze dłuższy czas (maseczkę stosuję dłużej niż dwa tygodnie, ale od dwóch tygodni jest mi niezastąpiona z powodu stresu) pięknie oczyszcza pory skóry i łagodzi zaczerwienienia. 

Można by powiedzieć, maseczka ideał, jednak stosowana solo nie spełnia w zupełności moich potrzeb względem nawilżenia skóry. Jest fenomenalna, jeśli chodzi o wypryski i oczyszczanie skóry, nie wysusza jej, a nawet ładnie nawilża, ale na dłuższą metę, szczególnie ostatnio, gdy dopadł mnie ten przeciągający się stres i moja skóra marudzi i kręci nosem, i w wyrazie buntu się przesusza, maseczka już nie daje rady jej w zupełności nawilżyć. Jest świetnym uzupełnieniem pielęgnacji i pozwala mi dalej chodzić z cieniutką warstwą podkładu, co doceniam w tak duszne dni, jak ostatnie dwa.

Ogromnie żałuję, że maseczka nie jest dostępna w Polsce. Jeśli ją gdzieś znajdziecie, dajcie mi zaraz znać, bo jak się skończy to będę w żałobie.

Ktoś miał kiedyś do czynienia z Provence Sante? Biegnijcie do TK Maxxa, może jeszcze to cudo dorwiecie :)

P.S. Zrobiłam sobie sesyjny i dietowy - z okazji zrzucenia 3 kg! - prezent i kupiłam sobie biustonosz typu soft-bra (mój wymarzony!) szyty na miarę od Le Feminin. Jestem bardzo ciekawa jak się spiszę, bo jestem posiadaczką dużego biustu :)

Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


25 maj 2015

Mocne oczyszczanie korundem | Sylveco

Mieliście kiedyś okazję brać udział w Festiwalu Kolorów? Polega to na tym, że dostajemy w łapki kolorowy proszek, za pomocą którego możemy przeprowadzić bitwę na kolory. Nigdy bym nie powiedziała, że rzucanie komuś różem prosto w twarz będzie tak ekscytujące!
Najpiękniej jednak było w momencie eksplozji kolorów, gdy wszyscy stawali pod sceną i na sygnał wyrzucali w górę kolory!

fot. Fotea art
Tak to wyglądało na Błoniach Politechniki Opolskiej! Tylko w tym tłumie momentami ciężko było oddychać :)

Nasze ubranie również było pięknie kolorowe, na szczęście wszystko ładnie zeszło, i z ubrań, i z ciała!

Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję wziąć udział w Festiwalu Kolorów, idźcie śmiało! Wspaniała zabawa, nawet jeśli jest zimno i grozi deszczem, tak jak u nas.

Nie chciałam Wam się tylko pochwalić jak dobrze bawiłam się w weekend :) Chciałabym Wam również opowiedzieć o bardzo dobrym, mocnym zdzieraku do twarzy od Sylveco.


Nie jestem zwolennikiem mechanicznych peelingów, ponieważ mam skórę problematyczną. Dlatego też peeling Sylveco nie trafił do mnie z własnej woli, dostałam go w pudełeczku Shinybox, który wygrałam u Angel. A skoro już go dostałam... nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała!

W peelingu strasznie mnie denerwuje opakowanie. Korund jest tak drobniutki, że dostaje się wszędzie, przez co przy przekręcaniu wieczka stawia on mocno opór i wydaje dźwięk podobny do przejeżdżania kredą po tablicy. Może nie jest aż tak traumatyczny, ale u mnie powoduje dokładnie takie same nieprzyjemne ciarki na plecach. Poza tym nie jest to łatwa czynność, szczególnie gdy chodzi o zamykanie, przez co peeling staje się problematyczny, jeśli weźmiemy go pod prysznic.
Gdyby zamiast w tym puzderku peeling znajdowałby się w tubce bardzo by mi ulżyło.


Peeling ma konsystencję lekkiego kremu do twarzy, drobinki korundu wyczujemy dopiero po rozprowadzeniu po twarzy. Całość przyjemnie śmiga po całej skórze, z poślizgiem, bez niepotrzebnego naciągania skóry. Jest wydajny, niewielka jego ilość - większe ziarno grochu - starcza na pokrycie całej twarzy i jest dosłowną bombą z drobinkami korundu.

Niektórzy uważają, że korund jest świetny dla cer problematycznych i wrażliwych, jednak moim zdaniem jest on trochę za mocny dla wrażliwców i osób z większymi wykwitami skórnymi. Masaż trzeba wykonywać bardzo delikatnie, bo korund trze mocno o skórę, przez co nasze pierwsze spotkanie było nieprzyjemne, a moja buźka protestowała różowym kolorem skóry - a nie należę do zwolenników mocnego tarcia. 
Peeling da się wyczuć, ale jeśli ktoś wcześniej nie miał kontaktu z korundem trzeba do tematu podejść ostrożnie, bo można się zrazić. Już delikatny masaż porządnie pozbywa się wszelkich suchych skórek.

Peeling ma bardzo dziwny zapach. Lubię ziołowe aromaty, spodziewałam się zapachu charakterystycznego dla olejku z drzewa herbacianego. Ciężko jest mi określić jego zapach, dla mnie nie jest przyjemny i na szczęście nie jest nachalny, bo ciężko byłoby mi się zmusić do dalszego użytkowania.


Woda, korund, olej sojowy, masło shea, gliceryna, triglicerydy kwasy kaprylowego i kaprynowego, stearynian glicerolu, ester kwasy stearynowego i sorbitolu & ester z kwasu tłuszczowego oleju kokosowego i sacharozy, olej z pestek winogron, ekstrakt ze skrzypu polnego, wosk pszczeli, alkohol cetylowy, alkohol benzylowy, guma ksantanowa, kwas dehydrooctowy, olejek z drzewa herbacianego.

Skład to zawsze mocna strona Sylveco. Krótki, prosty, przejrzysty, do tego podany po polsku - co ułatwia mi pracę :) Olej kokosowy, ekstrakt ze skrzypu polnego, olejek z drzewa herbacianego to mocne pozycje dbające o cerę problematyczną - dlatego warto peeling zostawić na twarzy trochę dłużej, by dać im podziałać. Masło shea, gliceryna i olej z pestek winogron zadbają o odpowiednie zmiękczenie i nawilżenie skóry, przy okazji ułatwiając korundowi działanie peelingujące. 

Sama nie wiem czy stałam się zwolenniczką korundu. To chyba nie do końca moja bajka, zdecydowanie lepiej służy mi delikatniejsze oczyszczanie i peeligowanie skóry glinkami, jednak na pewno mój Tosiek jest zadowolony z tego produktu - mężczyźni przecież są gruboskórni, to mu się takie mocne zdzieranie podoba :) Peeling świetnie się sprawdza u mnie w formie maseczki, tonizuję buźkę i przyspiesza gojenie się obecnych wykwitów, zaskórniki też nie mają z nim większych szans - to samo obserwuję u Tośka. 

Myślę, że zagości w mojej łazience jeszcze nie raz, ale w kosmetyczce Tośka. Ja tylko od czasu do czasu będę go podbierać, gdy mnie paskudnie obsypie.

Znacie ten peeling? A może mieliście okazję poznać się z drugą wersją peelingu? Lubicie się z Sylveco?

Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


4 lut 2015

Oczyszczenie i odżywienie w jednym - maseczka na bazie czarnej glinki

Najgorsze za mną! Egzamin z chemii nie był ciężki, ale miałam przegląd każdego tematu. Po raz pierwszy pisałam coś bez przerwy przez bite dwie godziny i zrobiłam się po tym tak głodna, że po powrocie do domu wsunęłam resztę cudnego brownie (pokazywałam na Instagramie!), które do nauki przygotował nam Tosiek. Muszę przyznać, że wszyscy zachwycaliśmy się ukrytymi talentami kulinarnymi mojego TŻ i chętnie ulokujemy go w kuchni na stałe - a przynajmniej będzie tam lądował częściej niż do tej pory :) Wiecie jak to jest, brzuszek zadowolony to i kobieta szczęśliwa, a że nas kobitek w mieszkaniu aż trzy, a on sam jeden, to wszystkim to wyjdzie na dobre!

Nie wiem jak Was, ale jak ja mam się uczyć, to zaraz do wszystkiego innego ciągnie - nie licząc sprzątania. Do tego nigdy pociągu nie będę miała i chyba już zawsze będę wyznawać zasadę: co ma poleżeć to nie ucieknie, a po sesji wszystko się posprząta - przynajmniej słowna jestem, pokój po spakowaniu się i uprzątnięciu wszystkich notatek, kubków, papierków i innych okołonaukowych przyrządów stymulujących pracę mózgu wygląda wcale przyzwoicie! Dążę do tego, że w momencie gdy moja wiedza miała ocierać się o geniusz chemiczny, moje włosy i buźka miały spa dosłownie dzień w dzień. Sporo na tym zyskały, choć nadmiar słodyczy i bądź co bądź trochę stresu na mojej twarzy zaraz jest widoczne i troszkę mnie wysypało - a po odstawieniu hormonów po raz pierwszy od dawna nie miałam ani jednego wyprysku na twarzy przez ponad tydzień... Z wypryskami jednak nauczyłam już się żyć, a cera wygląda naprawdę ładnie, włosy spokojnie jej dorównują.

O włosach jeszcze będzie czas Wam opowiedzieć, znalazłam parę nowych kosmetyków - i firmę! - które pomogły odkryć mi je na nowo. Między innymi dorwałam jeden ze słynniejszych olejów do włosów i chyba po raz pierwszy mogę powiedzieć, że w zupełności zgadzam się z innymi, pod każdą pozytywną opinią się podpisuję obiema rękami. Ciekawa jestem czy zgadniecie co to za cudo? :)

Dzisiaj zostaniemy przy twarzy, bo stworzyłam sobie maskę, która zrobiła na mnie spore wrażenie. Na Tośku też powinna, chociaż on twierdzi, że lepiej nawilżona cera to skutek jednorazowego posmarowania się wczoraj moim warzywnym kremikiem z Gaia Creams... Swoją drogą niezła reklama kremiku, nieprawda? Muśniesz się raz wieczorem i niczym młody bóg :):):)


Główne założenie tej maski miało być oczyszczanie. Czarną glinkę stosowałam wcześniej solo, ale była ona bardzo toporna w rozprowadzaniu - nie jest to bowiem czysta glinka czarna, ma w składzie ekstrakt z aloesu oraz z jeżówki purpurowej. Do tego, pomimo łagodzącego aloesu i regenerującej jeżówki, jest ona bardzo mocna i potrafi przesuszyć skórę. I tu w mojej głowie urodził się pomysł, by wykorzystać potencjał glinki, ograniczyć jej przesuszające działanie i jednocześnie dorzucić coś ekstra w temacie odżywienia. Bo czemu by nie? :)


Składniki suche:
  • Glinka czarna z dodatkiem wyciągu z aloesu i jeżówki - 45 ml
  • Witaminki all in one - 1 ml
  • Ekstrakt z soku borówki czarnej - 2 ml
  • Kwas salicylowy - dosłownie odrobina, która przyczepiła się do końcówki zwilżonej bagietki 
Kto nie kocha witaminek? Nasze buźki je uwielbiają, a ja z mieszanką all in one ze ZSK bawię się od niedawna - właściwie ta maseczka była ich premierą :) Mamy tutaj do czynienia z mieszanką witaminy C, E, B3, B5 i B6, które pomogą porządnie odżywić skórę, a każda witamina z osobna wniesie coś ekstra.
Ekstrakt z soku borówki czarnej urzekł mnie... kolorem! Uwielbiam intensywne fiolety i jak zdjęłam wieczko dosłownie oniemiałam. Cudo! Oczywiście nie trafił do kompozycji ze względu na kolor, co to to nie :) Chociaż jak sobie pomyślę, że dodam go trochę do białej glinki... - istnieje spora szansa na maseczkę w czaderskim kolorze! Aż mnie naszła ochota na kręcenie!
Ekstrakt z soku borówki czarnej jest stworzony do cery trądzikowej. Działa odkażająco, odtruwająco, niweluje zaczerwienienia i ma niezłe działanie antyoksydacyjne. Mam zamiar często wprowadzać go w różne kompozycje, bo zapowiada się na bliskiego przyjaciela.
Moja buźka lubi kwasy, dlatego chętnie dorzuciłam do kompozycji kwas salicylowy. Zrobiłam to pod wpływem emocji gdy praktycznie wszystko było już zmieszane, dlatego nie odmierzałam go tak precyzyjnie - ot tak, na domowe potrzeby i kaprysy.
Wymieszałam wszystko dokładnie, by później nie powstały grudki.


Składniki płynne:
  • hydrolat, u mnie jałowcowy śmierdziuch - 45 ml
  • olej awokado - 5 ml
  • kwas hialuronowy 5 ml
A to ci cwaniak z tego kwasu, tak w kadr się wpycha! Byłeś już, daj innym szansę!
Hydrolat możecie dodać dowolny, równie dobrze możecie potraktować maseczkę wodą demiralizowaną - tak, kochani, musi być demiralizowana, choćby ze względu na dodawanie witamin, antyoksydującego ekstraktu czy kwasów. W aptece z powodzeniem znajdziecie wodę do iniekcji :) U mnie trafił się jałowcowy, ponieważ jest on przeznaczony do cery tłustej, fajnie koi podrażnienia i nie byłoby mi tego śmierdziela tak szkoda, gdyby coś poszło nie tak :) 
Olej z awokado jest fenomenalny jeśli chodzi o porządne nawilżenie skóry, często stosuję go solo i ogromnie się ucieszyłam, gdy trafił do mnie w paczce od ZSK jako dodatek. Możecie zastąpić go dowolnym dobrze nawilżającym olejem, najważniejsze, by Wasza skóra go lubiła.
Kwas hialuronowy to kolejne cudo nawilżające, ma przeciwdziałać wysuszającemu działaniu glinki i przyjemnie zmiękczyć skórę.


Gdy już wszystko było pięknie wymieszane dodałam 10 kropli konserwantu DHA BA i cztery krople olejku eukaliptusowego, również antyseptycznego. Poza tym bardzo lubię zapach eukaliptusa i tym się kierowałam w wyborze dodatku zapachowego. Jednak przyznam się Wam szczerze, że dodając go nie wierzyłam, że uda mi się stłumić smrodek hydrolatu jałowcowego. Byłam święcie przekonana, że czeka mnie mała zapachowa porażka, jednak maseczka na następny dzień faktycznie przesiąknęła zapachem olejku eterycznego i obecnie, po ponad tygodniu pachnie jak całkiem przyjemny drogeryjny kosmetyk :)
Maseczki nie musicie konserwować, jednak w takim wypadku radzę Wam przyrządzić mniejsza ilość, byście mieli szansę wykorzystać ja w przeciągu dziesięciu dni. Maseczka ma sporo antyseptycznych i antybakteryjnych substancji, jednak trzymajcie ją dla czystego sumienia (mojego i Waszego :)) w lodówce przez ten czas. Zakonserwowana może stać w łazience.


Tak przygotowana maseczka jest bardzo kremowa, chociaż z biegiem czasu coraz trudniej się rozprowadza - zdecydowanie będę musiała jeszcze nad tym popracować :) Jednak porządnie zwilżone dłonie i buzinka, i po problemie. Jest bardzo wydajna, praktycznie wszystkie moje kosmetyki dziele na dwoje z Tośkiem - przez ponad tydzień stosowania co drugi/trzeci dzień przez naszą dwójkę, a w opakowaniu ciągle pozostała jedna czwarta mieszanki! A uwierzcie, nie rozdrabniamy się w nakładaniu :)


W moim przypadku buźka zaczęła się ładnie oczyszczać. U Tośka fajnie podziałała na czole i policzkach, nosek pozostał praktycznie nienaruszony. Oboje cieszymy się miękką skórą, u mnie problem suchych skórek po stosowaniu kwasów i tej nieszczęsnej czarnej glinki solo został zupełnie zażegnany, u Tośka obserwuję troszkę przesuszoną skórę - ale on to typowy sucharek, a ja, nie ukrywajmy, maseczkę kręciłam bardziej pod siebie :)
Nie do końca ruszyła zaczerwienienia po wypryskach, chociaż pięknie wysuszyła i zmniejszyła ropne stany, przez co cały proces gojenia, mam nadzieję!, będzie trwał krócej. Spróbuję w następnej porcji maseczki - z białą glinką - dodać trochę więcej ekstraktu z soku borówki czarnej, może wtedy zaobserwuję znaczącą poprawę :)

Kręcicie sami maseczki? Pacie swoje sprawdzone patenty?

Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


7 gru 2014

Detoksykująca moc z północnych kresów Syberii

Znalezienie dobrego produktu do oczyszczania twarzy to nie lada wyczyn. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z cerą problematyczną i przetłuszczającą się. Na rynku jest mnóstwo produktów, które traktują naszą skórę bardzo inwazyjnie, dosłownie zdzierając z niej całe sebum, które jest produkowanie nie bez powodu!
Sebum jest dobrym przyjacielem naszej buźki. Chroni ją przed wieloma czynnikami, z którymi musi zmagać się na co dzień, jak zimna temperatura, wiatr, utrata wody. Dlatego jeśli chcecie dojść ze swoją buźką do porozumienia, musicie zrozumieć, że klucz nie w tym, by pozbyć się nadmiaru sebum, a nauczyć skórę, że nie musi go w takiej ilości produkować.

Warto więc szukać produktów, które nie tylko będą delikatne dla naszej skóry, ale również pozostawią ją miękką, delikatnie odżywioną - oczywiście na tyle, na ile może odżywić ją produkt do mycia twarzy! Wyjątkiem są oczywiście oleje i magiczna metoda OCM, o której pisałam Wam na samym początku mojego blogowania. Ale OCM nie każdy pokocha, nie każdy się przekona do oczyszczania twarzy olejami i dla takich osób wychodzi na przeciw produkt, o którym dzisiaj Wam opowiem.


Produkt dostałam od przemiłych Pań z Kalina-Sklep - naprawdę fajne miejsce, gdzie różnorodność kosmetyków może przytłoczyć! Możecie się tam doszukać kosmetyków rosyjskich, marokańskich, polskich, niemieckich... znajdziecie tam kosmetyki ekologiczne, z najróżniejszymi certyfikatami. Możecie wyposażyć się od stóp do głów :)

Paczuszka od nich mile mnie zaskoczyła! Oprócz detoksykującego mydła dostałam również mnóstwo próbeczek mniejszych i większych, ale najbardziej podbił moje serce rokitnikowy kwiatuszek do kąpieli z Eco World - i już wiem że koniecznie będę musiała zaopatrzyć się w więcej tych cudowności! Swoją drogą, naprawdę miły gest i jak się okazuje... niezły chwyt marketingowy :)

Północnego mydła dostajemy naprawdę wiele, bo całe 120ml. W zestawie jest gąbka, która świetnie zgrywa się z tematem, przypomina bowiem kawałek węgla (po postukaniu też brzmi jak kawałek węgla!). I co najważniejsze, wraca do takiej formy po wyschnięciu. Zwilżona wodą robi się mięciutka, nie drażni skóry.
Mydło ma postać gęstej pasty, która brudzi na czarno. Przy odpowiedniej ilości wody, z pomocy gąbeczki czarne smugi zamieniają się w pianę, jednak nie ryzykowałam mycia twarzy w umywalce, by nie zostawić plam na ubraniach - mydełko zawsze towarzyszyło mi podczas kąpieli.

Dziewczyny, mydełko warto kupić dla samego zapachu! Pachnie marcepanem, jak olejek z pestek śliwki, z dodatkiem czegoś orientalnego, nieco ostrego, kadzidlanego. Uwielbiam ten zapach, sam w sobie potrafi mnie zrelaksować, dlatego chętnie po nie sięgam.
Jesteście mi w stanie powiedzieć, co w tym składzie tak pachnie? :)
Jest niesamowicie wydajne. Używamy go razem z Tośkiem niespełna 3 miesiące, a zużycie jest naprawdę znikome (nieco większe niż na zdjęciu, ale dalej znikome!). Niekończące się 120ml jest warte ceny 50zł.

Olej z rokitnika, olejek z cedru syberyjskiego, wyciąg z cytryńca chińskiego, wyciąg z nasion lnu, węgiel z brzozy zwisłej, masło shea, wyciąg z kotków brzozowych, wyciąg z maliny moroszki, woda, wyciąg z borówki, olej z pestek maliny sachalińskiej, wodorotlenek potasu

Mydło jest mydłem w prawdziwym tego słowa znaczeniu, nie tylko z nazwy. Mamy do czynienia z mydłem potasowym, czyli powstałym ze zmydlenia olejów (bardzo pięknych!) zasadą potasową. Do tego producent dosypał nam trochę węgla, nazwał go aktywnym, zapewnił nas o zaawansowanym, specjalnym procesie technologicznym, dzięki któremu węgiel uzyskał mikroporowatą strukturę i będzie pochłaniał zanieczyszczenia jak żaden inny! Kochani, nie dajmy się zwariować, każdy węgiel ma takie działanie. Z takich ciekawostek chemicznych (czegoś się dowiedziałam na tych studiach, a co!) powiem Wam, że nic tak nie czyści skóry jak dobre mydło z węglem. W dawnych czasach, gdy człowiek postanawiał się umyć, brano popiół z ogniska, który nie tylko zawierał sadzę, ale i węglan potasu, który zapewniał odczyn zasadowy. Czyli mamy odczyn zasadowy, mamy węgiel, mamy pięknie oczyszczoną buźkę! A właściwe dla skóry, kwaśne pH przywracamy tonikiem :)

Jak już jesteśmy w temacie zachwytów, olej z rokitnika w takiej ilości? Cud miód! Przebarwienia znikają, skóra się ładnie regeneruje, na zimę wręcz zestaw idealny.  Reszta olejów, maseł, olejków i ekstraktów ma wspomagać albo działanie oczyszczające, albo działanie nawilżająco-regenerujące.
A to, że skład piękny i krótki, to każdy widzi, prawda?

W użytkowaniu mydełko jest banalne, masa bardzo plastyczna, bez problemu nakłada się na zwilżoną gąbkę. Nie potrzeba go zbyt wiele, wystarczy delikatnie zamoczyć gąbkę z mydełkiem i pościskać parę razy w ręce. Z czarnawej mazi powstaje bielusia piana, którą umyjemy twarz i jeszcze starczy na szyję :)

Produkt testowaliśmy z Tośkiem długo, udało nam się nawet porównać go do mojego dotychczasowego faworyta - rumiankowego żelu z Sylveco, pamiętacie go? To porównanie wyszło przypadkiem i trwało dwa tygodnie, przez które Tosiek przeklinał mnie od najgorszych, bo zostawiłam czarne mydło u siebie w domku. U mnie tej różnicy nie było tak mocno widać, jedynie w okolicach noska i czoła, ale Tośkowi pory z powrotem się pozapychały. Po prawie trzech miesiącach testowania u obojga z nas czarnych główek ze świecą (tudzież lupą) szukać, jedynie u Tośka nosek pozostaje zapchany - na szczęście już nie czarnymi główkami.
Tutaj taka małą dygresja... Znacie jakiś sposób na taki oporny nosek? Stosujemy regularnie plastry z żelatyny, to mydełko i chociaż jest lepiej, sporo pracy jeszcze przed nami.

Produkt nie zwęża porów, pięknie je oczyszcza, jednak o ich zmniejszenie trzeba zadbać dodatkową pielęgnacją (np. tonik z kwasem migdałowym, idealna ku temu pora!). Buzia po takiej przyjemnie pachnącej pielęgnacji jest gładziutka (dzięki masażowi gąbką rzadziej sięgam po peeling) i mięciutka, chociaż po chwili od kąpieli jest trochę ściągnięta. Tak jak wspomniałam o tym wcześniej, jest to wina zaburzenia odczynu skóry i w tym przypadku najzwyklejszy tonik załatwia sprawę - ale taki z kwasem lepszy :)
Co dla mnie najważniejsze, produkt jest naprawdę delikatny. Skóra podczas kuracji kwasami potrafi być nieźle podrażniona i przesuszona, a mydło jest zupełnie dla niej nieinwazyjne. Nie pogarsza przesuszenia skóry, gąbką pozbywamy się suchych skórek bez dodatkowe podrażniania. Taki mój ulubieniec na dobre i na złe.

Wiem, że na początku dzisiejszego wpisu odniosłam się do cery przetłuszczającej się i problematycznej, ale na dobrą sprawę mydło sprawdzi się u każdej cery, jeśli tylko chcecie swoją skórę oczyścić. Taką małą kurację polecam każdemu, bo skóra z biegiem czasu naprawdę wygląda lepiej, już nie tylko pod względem czystych porów, ale również przebarwień. Zdaję sobie sprawę, że wydatek 50zł to dla nie jednej z Was spory koszt, ale produkt będzie mi służył przynajmniej z rok, a używamy go z Tośkiem na dwie osoby! Sama czytałam o mydle wiele, polecała mi go również Bianka podczas naszego spotkania przy herbatce i tak jak Wy miałam wahania ze względu na cenę, a teraz żałuję, że zdecydowałam się na nie tak późno. Jest to produkt, który mogę Wam polecić z czystym sercem, dałabym uciąć sobie nie tylko rękę, ale i głowę za to, że będzie się u Was dobrze sprawował.
A byłaby ze mnie marna blogerka bez głowy, prawda? :)

Tą moc zamkniętą w 120ml opakowaniu możecie złapać np. TUTAJ :)

Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


11 maj 2014

Oczyszczająca maseczka dla cery tłustej i mieszanej - Planeta Organica

Ze mną tak to już jest, że mówię jedno, a robię drugie. Miałam nie mieć dla Was czasu, a dzisiaj odkąd się obudziłam Was odwiedzam! Cicho, zasłużyłam na trochę czasu dla siebie :)

Dzisiaj o produkcie, który stosuję od marca. Planeta Organica dobrze służy moim włosom, postanowiłam więc wypróbować ją również na twarzy! Chociaż nawilżający krem na mojej tłustawej cerze się nie sprawdził, ta maseczka, rekomendowana właśnie dla mojej buźki, miała spore pole do popisu.


Maseczka jest produktem w stu procentach naturalnym, do tego ręcznie robionym! Nie znajdziemy w niej substancji zapachowych, ani barwników, za to znajdziemy substancje pochodzące m.in. z Tybetu i Jordanii. Kolejna mała wyprawa na wschód :)

Aqua enriched with Maris Clay (glina morska), wyciąg z zielonej herbaty, gliceryna roślinna, organiczny wyciąg z alg kelp, wyciąg z morszczynu, olejek cytrynowy, organiczna oliwa z oliwek, organiczny olej rokitnikowy, Cetearyl Alcohol (emolient identyczny z naturalnym), olej z nagietka, olej z dzięgielu, organiczny olej z awokado, olej z rumianku, wyciąg z ginkgo biloba, witamina E, witamina C, Panthenol (pro-witamina B5), witamina A, olej z pestek jeżyny, olej z dzikiej róży, organiczny olej ze słodkich migdałów, olejek lawendowy, olejek z szałwii, wyciąg z jeżówki, wyciąg z oregano, wyciąg z kurkumy, olejek eukaliptusowy, wyciąg z kory białej wierzby, kwas salicylowy (BHA), Caprylyl Glycol (emolient) , chlorofil (identyczny z naturalnym), Benzyl Alcohol (konserwant identyczny z naturalnym).

Skład jest niesamowicie bogaty. Glina morska jest źródłem minerałów, które nie tylko odżywią buźkę, ale również wyregulują pracę gruczołów łojowych oraz oczyszczą skórę z toksyn. Zielona herbata ma pochodzić z Tybetu, być świetnym antyoksydantem i również ma pomagać regulować produkcję sebum. Algi kelp i morszczyn są bogate w mikroelementy i również minerały, oczyszczą i zwężą pory. Dodatkowo znajdziemy mnóstwo olei, które ukoją naszą buźkę (olej z rumianku), pomogą jej zregenerować (olej rokitnikowy), pomogą jej z problemami trądzikowymi (olej z nagietka, olej z awokado, olejek lawendowy i z szałwii), ładnie ją nawilżą (olej z dzikiej róży, oliwa z oliwek, olej ze słodkich migdałów) i rozjaśnią (olejek lawendowy).
Jakby Wam było mało, mamy tutaj również mnóstwo wyciągów polecanych dla cer problematycznych i tłustych: ginkgo biloba, szałwia, kurkuma, kora białej wierzby. Chlorofil również pięknie rozjaśni, nada blasku. Witaminy E, C, A mają duży wpływ na stan naszej cery - wzmocnią naczynka, poprawią elastyczność, rozjaśnią przebarwienia. Panthenol ukoi podrażnienia.
A kwas salicylowy oczyści twarz z zaskórników, już to przerabiałam z nim :)

Ma nam co oferować :)


Opakowanie jest wykonane z solidnego plastiku. Łatwo je odkręcić, nawet mokrymi rękoma. Zawiera 100ml produktu, jest poręczne i jego brązy ładnie prezentują się w łazience. Niemniej jednak nie jest to nic specjalnego, takie sobie ot proste opakowanie.

Maseczka jest bardzo treściwa, żeby ją ładnie rozprowadzić, trzeba mieć zwilżoną buźkę i ręce, na sucho wyjdzie nam masakra - skóra się ciągnie i zmarnujemy sporo produktu. Na spokojnie, na mokro wszystko ładnie rozprowadzimy.
Konsystencję ma podobną do glinek, jednak jest znacznie bardziej zbita, przez co produkt jest wydajniejszy :)
Zapach jest cudowny, trochę ziołowy, trochę morski, bardzo intensywny. Kojarzy mi się z saunami w spa, z ekskluzywnością.
I oczywiście kolor jest nieziemski :) Ufoludek gwarantowany!

Zawiera delikatne drobinki peelingujące, więc mamy kilka opcji w jednym. Posiada również malutkie pęcherzyki powietrza, widoczne na zdjęciu, słychać ich ciche pękanie, gdy grzebiemy w słoiczku :)
Nałożona na twarz, rozgrzewa skórę - super efekt, pory się otwierają, dzięki czemu substancje mogą dotrzeć głębiej. Ciepełko utrzymuje się przez cały czas noszenia maseczki (10-15minut). I zapach również, więc można się miło zrelaksować.
Działanie? Już za pierwszym użyciem potrafi ładnie oczyścić. Regularne stosowanie ładnie rozjaśnia buźkę, zaskórniki powolutku znikają, wypryski szybciej się goją. Niestety występują, jak występowały, ale przebarwienia nie są tak bardzo widoczne, a same w sobie znikają w krótkim czasie. Najdłużej musiałam czekać na regulacje wydzielania sebum, ale doczekałam się. Nie błyszczę się tak bardzo, choć problem całkowicie nie znika - taka moja uroda.
Jestem bardzo zadowolona z maski, pobiła nawet Mask of Magnaminty Lusha (albo raczej powinnam powiedzieć, że Mask of Magnaminty jej nie zdetronizowała :)). Szczególnie dlatego, że nie zawiera drobinek i znacznie lepiej oczyszcza. Na czas korzystania z Lusha zrezygnowałam z tej maseczki i na moją buźkę zaskórniki wróciły tu i ówdzie, więc teraz chętnie do niej wracam, by twarzyczka wróciła mi do "normy"!
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to najlepsza maseczka do cery tłustej i problematycznej, z jaką miałam do czynienia :)

Nie muszę chyba mówić, że maseczka bije na łeb na szyję Lusha również pod względem ceny? Swoją nabyłam na Triny.pl za 18zł, teraz kupicie ją jeszcze taniej. O, tutaj :)

Pozdrawiam cieplutko! Jaskółka

28 mar 2014

Czosnkowy wojownik od Lusha!

W pierwszych słowach mały apel do dziewczyn z akcji. Akcja miała na celu wzajemne wspieranie się, dzielenie doświadczeniami, generalnie jedną wielką dyskusję. A tutaj odzywa się tylko jedna dziewczyna, ankietę wypełniły dwie. Od razu humorek mi podupada i rączki chcą wędrować do buźki, bo brak mi motywacji!

Dzisiejszy bohater notki ma sporo wspólnego z akcją, ponieważ ułatwia trzymanie rączek z dala od buźki. Ten małych rozmiarów wojownik po pierwsze jest maseczką, a po drugie świetnie radzi sobie z wszelkim syfem na twarzy. Chcecie go poznać?


Wszystkie maseczki są świeże, wykonywane każdego dnia i należy je trzymać w lodówce i zużyć w ciągu trzech tygodni. Musiałabym ją używać codziennie, by faktycznie dać radę dosięgnąć dna w ciągu tych trzech tygodni, maska jest niezwykle wydajna.
Głównym składnikiem walczącym o naszą piękną  buźkę jest czosnek, ale znajdziemy tutaj również mnóstwo innych składników powszechnie używanych w maseczkach (nawet domowych :)) dla cer problematycznych.

W składzie znajdziemy (dokładnie w takiej kolejności) białą glinkę, owoce zielonych winogron, świeże organiczne jaja z wolnego wybiegu (szczęśliwe jaja! :)), miód, mąkę kukurydzianą, glicerynę, czosnek, olejek z drzewa herbacianego, Limonene i zapaszek.

Skład jest piękny, krótki, naturalny i myślę, że spokojnie do odtworzenia w domku. Przynajmniej ja będę się starać i w razie czego zaraz dam Wam znać :)

Konsystencja jest bardzo gęsta, dzięki białej glince i mące kukurydzianej, co odpowiada za niezwykłą wydajność produktu. Z jednej strony bardzo dobrze, z drugiej - biorąc pod uwagę krótkość czasu, z jaką musimy się uporać z produktem - trochę żal będzie wyrzucać niewykorzystane resztki maseczki. Nie codziennie sprowadza się z Anglii Lusha!
Najbardziej przerażał mnie zapach, ale nie jest to ostry czosnek. Fiołki to też nie są, ale zpach nie jest nieprzyjemny, na twarzy go nie czuć, więc nie ma najmniejszych problemów z użytkowaniem.

Nie pytajcie mnie dlaczego moja ściana ma inny kolor, sama nie do końca rozumiem ten fakt. A nie chciało mi się zdjęcia poprawiać, bo znów leżę obłożnie chora w łóżku.

Udało mi się zużyć około połowy, a mam jeszcze tydzień czasu! Chyba będę musiała stosować ją teraz codziennie :) Trochę przeszkadzają mi widoczne cząstki nie wiadomo czego w tej maseczce: łupinki czosnku? Niektóre fragmenty są dość twarde i przez nieuwagę można sobie krzywdę zrobić. Na szczęście to jedyny minus tej maski.

A jak z działaniem? 100% efektu. Skóra ładnie oczyszczona, mniej zaskórników, powstałe brzydale szybko znikają. Jak dla mnie bomba. Do tego skóra jest gładsza, fajnie odświeżona. Nie rusza jej kolorytu, ale nie od tego jest. Jeśli jeszcze kiedykolwiek będę miała okazję kupić coś z Lusha, definitywnie będzie to ta maseczka. I od razu pomyślę, i część zamrożę, by mieć z niej więcej pożytku. 

Mam jeszcze 2 produkty od Lusha, które chętnie Wam na dniach zrecenzuję. A jak Wasze opinię na temat tej firmy? Możecie mi coś polecić na przyszłość?
I jeszcze raz zapraszam uczestniczki akcji do dyskusji pod poprzednim postem oraz do wypełnienia ankiety pod postem o akcji.

Pozdrawiam! Jaskółka

Disqus for Jaskółcze Ziele