24 gru 2015

Wesołych Świąt!

Dzisiaj będzie krótko, dla tych którzy znaleźli trochę czasu pomiędzy uszkami a kapustą...:)
Kochani, w dzisiejszym dniu chciałabym życzyć Wam wszystkiego, co najlepsze. Dużo uśmiechu, rodzinnego ciepła i radości ze wspólnego kolędowania. Byście wraz z pierwszą gwiazdką na niebie poczuli magię świąt. Życzę Wam pięknych chwil w rodzinnym gronie!


Widzimy się po świętach!

Trzymajcie się ciepło, świątecznie! Jaskółka

5 gru 2015

Dzienniak z wrzosowym akcentem

Makijaż w moim notatniku to rzecz rzadko spotykana, chociaż malować się lubię i potrafię na tym tracić bardzo dużo czasu - dlatego zawsze, gdy mam na późniejszą godzinę, mój makijaż jest dopracowany pod każdym względem, a blendować potrafię godzinami. Jeśli mam na 8 rano, to z makijażem zdecydowanie wygrywa dłuższy sen :)

Dzisiejszy makijaż oka wykonałam kosmetykami, które dostałam na opolskim spotkaniu blogerek w zeszłym miesiącu. Sięgnęłam głównie po produkty drogerii Natura.

 
Wspomogłam się troszeczkę produktami Too Faced, po raz pierwszy poszła w ruch baza pod cienie - makijaż mam na oku już prawie 8 godzin i makijaż wygląda prawie tak samo, jedynie fiolet trochę zbladł - oraz paletkę Chocolate Bar. Brąz w odcieniu Milk Chocolate nałożyłam w załamaniu oka i nieco na zewnętrzny kącik oka. Jasno beżowym White Chocolate roztarłam granice blendowania i pomagałam sobie w nim w trakcie wykonywania makijażu.

Na całą górną powiekę trafił cień Kobo w odcieniu True Beige - jest to delikatny cielisty beż z równie delikatnymi drobinkami, pięknie rozświetla oczko. Kredką I love my style od mySecret (w odcieniu Nude Warm, piękny szampański kolorek) zaznaczyłam dolną powiekę, wykorzystałam ją również jako dodatkową bazę pod późniejszy fioletowy cień, by go mocniej zaakcentować. I na sam koniec sięgnęłam po wspomniany już fiolet Kobo, piękny, wrzosowy z opalizującymi drobinkami w odcieniu Amethyst, który nałożyłam na środek powieki, nieco bardziej w stronę zewnętrznego kącika oraz w zewnętrzny kącik dolnej powieki i wszystko ładnie zblendowałam.

Rzęsy wytuszowałam tuszem Ideal Volume z Kobo, którą zapomniałam zaprezentować na zdjęciu :)



Jest to delikatny dzienny makijaż z wrzosowym akcentem. Jak już wspomniałam, musiałam go nieco wzmocnić przy linii rzęs stosując cień w kredce jako bazę, bo cień jest bardzo delikatny i przy rozcieraniu łatwo znika - nawet pomimo zastosowanej wcześniej bazy pod cienie.

Fiolet jest widoczny jedynie z bliższej odległości, z daleka wygląda na schludny brązowy makijaż oka, więc jest to całkiem przyjemny i łatwy w noszeniu dzienniaczek. A jest miłą odmianą dla typowych brązów, które noszę na co dzień.

Jeśli chodzi o trwałość produktów, wszystkie produkty z Natury trzymają się na mojej przetłuszczającej się powiece jedynie na bazie. Cienie Kobo tracą na intensywności i w połowie dnia po prostu znikają z powieki, a same ciemniejsze kolory są słabo napigmentowane i podczas blendowania znikają. Kredki mySecret (mam jeszcze fioletową :)) nie zastygają na powiece, okropnie zbierają się w załamaniu. Szkoda, bo obie kredki mają przepiękne kolory i miałam nadzieję, że będą przydatne w szybkim makijażu oka. Stosuje je jedynie przy zaakcentowaniu dolnej powieki lub, jak w przypadku tego makijażu, do wzmocnienia koloru :)

Podoba Wam się taki makijaż?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka

3 gru 2015

Lawenda i rozmaryn | olejki eteryczne Optima Plus

Przepraszam Was najmocniej za ciche dni. Wpadłam w taki okres, że wszędzie coś trzeba zrobić, a jedyne o czym obecnie myślę to święta i nadchodzące wolne. Ostatnio jedynym relaksem są próby chóru akademickiego (dwa razy w tygodniu po 2-3 godziny!), czy wieczorne zajęcia z hiszpańskiego - ponownie dwa razy tygodniu, w ramach lektoratu. Mam trochę tych zajęć na głowie i nawet w weekendy średnio mam czas odpocząć, bo albo siedzę w sprawozdaniu na laboratoria z chemii fizycznej, albo rozwiązuję kolejną listę zadań z organiki - a z każdą kolejną listą coraz więcej zadań! - albo znowu jadę na próbę z kochanym Józkiem, by choć na chwilę oderwać się od tej chemicznej rzeczywistości.

Właściwie dzisiaj piszę do Was dlatego, że odpadł mi wf. A szkoda, bo miałam ogromną ochotę się poruszać! Ale żeby nie było, że ja taka biedna, wczoraj poszłam sobie do kina z Tośkiem, na Kosogłosa. I jestem zachwycona, chociaż jak dla mnie trochę mało o samym Peecie, uwielbiam ten wątek w książce, jego powrót do zdrowia i poszukiwania samego siebie. Tylko nie wiem ile ten film musiałby trwać... :) Widzieliście drugą część Kosogłosa? Jak Wasze wrażenia?

I w sumie, jak Wam teraz pisze o tych wszystkich moich zajęciach, to jestem całkiem zadowolona. Żałuję jedynie, że nie potrafię znaleźć w tym wszystkim czasu na bloga, chciałabym pisać więcej, zrobić mnóstwo zdjęć, od ponad miesiąca wybieram się do papierniczego po kilka brystoli, które mają posłużyć mi za tło. I na to ciągle nie mam czasu. Albo chęci. To muszę zmienić, takie moje małe przedświąteczne postanowienie.

Tak więc dzisiaj będzie przyjemnie, o bardzo przyjemnych rzeczach, by nasze powroty, ponowne spotkania były właśnie takie miłe. Dzisiaj o cudnych olejkach eterycznych, które dostałam na spotkaniu opolskich blogerek prawie miesiąc temu.


Olejki eteryczne podarowała nam firma Optima Plus. Zdecydowanych ruchem chwyciłam rozmarynowy, uwielbiam ten zapach, niesamowicie mnie uspokaja. Ale że lawendowy został taki samotny, nikt go nie chciał, to go przygarnęłam. Pięknie wyglądają, zarówno kartonik, jak i właściwa etykietka - ta chyba nawet jeszcze piękniej, prawda?

Buteleczki zawierają 10ml olejku, są z ciemnego szkła chroniącego zawartość przed promieniami słońca. Kroplomierz jest solidny, jednak trzeba na niego uważać, krople bardzo łatwo zamieniają się w strumień - za pierwszym razem w ten sposób zapachniłam całe mieszkanie lawendą, było ją czuć nawet na korytarzu koło wind :):):)

 

Pierwszy przedstawił się olejek rozmarynowy. Długo nie musiał mnie do siebie przekonywać, wiedziałam, że będziemy się kochać gdy tylko wyciągnęłam po niego rączkę. Zapach jest piękny, ziołowy, wcale nie kojarzy mi się z jedzeniem, a wkroplony do kominka robi się przyjemnie cieplusi.

Dodatkowo, olejek rozmarynowy świetnie sprawdza się w okresie przeziębień, szczególnie jeśli macie problemy z drogami oddechowymi. Ostatnio znacznie częściej gości w moim kominku i broni mnie przed niechcianym choróbskiem, o które ostatnio nie trudno.


Lawenda kojarzy mi się z bardzo słodkim zapachem, w ten sposób właśnie pachnie większość lawendowych olejków eterycznych. Ale w tej buteleczce czai się coś więcej niż tylko słodycz, czuć w niej wyraźnie zielony zielny zapach, dzięki czemu lawenda staje się wytrawna. Ostatni raz taką lawendę czułam przechodząc obok straganów w Chorwacji, a i tamta wydaje mi się w moich wspomnieniach być czymś bardziej słodkim. Lawenda była moim drugim wyborem, a jestem w niej zdecydowanie bardziej zadurzona niż w rozmarynie!

Lawenda świetnie mnie uspokaja. Uwielbiam ją czuć na sobie, dodaję ją do szamponu, by moje włosy pięknie pachniały. Dodaję ją do ciepłej kąpieli, by się wyciszyć. Mam teraz szał na tę lawendę i nawet pisząc ten post ciągle sięgam po buteleczkę, i wącham, wącham, wącham...

Optima Plus mnie zauroczyła! Mam w planach poszerzyć moją kolekcję - wcale nie małą :) Mam straszną ochotę na goździki i anyż!

Macie swoją ulubioną markę oferującą olejki eteryczne?


Trzymajcie się ciepło! Jaskółka


Disqus for Jaskółcze Ziele